piątek, 13 lutego 2009

Święto nieszczęśliwych

Już jutro walentynki. Na pewno wiele osób cieszy się z tego powodu, wiele innych niekoniecznie. Niemniej, dla większości ludzi ten dzień ma na ogół jakieś tam znaczenie. Tylko jakie?

Cała otoczka walentynek przyzwyczaiła nas do tego, żeby postrzegać je jako dzień pełen radości i uczuć. Zakochani wyznają sobie miłość, związki potwierdzają swoje uczucia, niektórzy odbudowują to, co zostało naruszone. W końcu w walentynki wszystko zdarzyć się może. Przynajmniej to nam się wmawia, przez co ludzie przywiązuję przesadną uwagę do tego wszystkiego. Uwaga ta jest czasami tak duża, że może wszystko popsuć, zamiast pomóc – w końcu bywa i tak. Niemniej, wszystko obraca się wokół zakochanych...

No właśnie, zakochanych. Pary zakochanych. Nikt nie pamięta/nie chce pamiętać o tych wszystkich, którzy kochają nieszczęśliwie, bez odwzajemnienia, bez zrozumienia. Przecież to jest też ich święto – w końcu należą do osób trafionych strzałą amora, z tymże dla nich jutro będzie bardzo nieszczęśliwe. Niemożność bycia z kimś, kogo się kocha, będzie ich prześladować cały jutrzejszy dzień. W końcu na ten fakt bycia kładziony jest bardzo duży nacisk – tak duży, że wiele osób zwyczajnie tego oczekuje – nawet podświadomie. Do tego dochodzi cała mitologia związana z tym dniem, niby magicznym, kiedy wszystko może się zdarzyć, a uczucie zwycięży. Szkoda tylko, że to nie jest prawda. Tak więc, gdy różne pary będą chodzić do restauracji, kin, dyskotek itd., oni będą samotnie się włóczyć po ulicach. A nie daj Boże, obiekt ich uczuć jest z kimś w związku i jeszcze spotkają tę osobę – tragedia murowana.

Z wiadomych przyczyn pomija się ten smutny aspekt walentynek – w końcu ma być to dzień radości. Nieszczęśliwie zakochanym i tak się nie pomoże. Niemniej, warto czasami o nich pamiętać. W końcu to też ich święto.

czwartek, 12 lutego 2009

Jak muzyka...

I znowu będą tłumaczenia. Coś się ostatnio w nie wkręciłem, ale cóż zrobić? Tym razem będzie to Ulver, nad którego geniuszem już się rozpisywałem jakiś czas temu, tak więc wszystkich zainteresowanych odsyłam do tamtej notki. A cóż to za liryki przełożyłem? Są to dwa utwory z płyty Shadows of the Sun - płyty dla mnie wyjątkowej, gdyż jest to jeden z tych materiałów, który dociera do mnie w absolutnie każdym momencie, zawsze pozostawiając mnie w takim melancholijnym zawieszeniu. Głównym motorem tej płyty jest spokojny, głęboki, wyważony głos Garma, który śpiewa jak gdyby chciał nas położyć do snu. Muzyka tylko dopełnia ten efekt - minimalistyczna, bez jakichkolwiek niepotrzebnych, psujących atmosferę dźwięków. Co więcej, owy minimalizm przenika tutaj wszystko, łącznie z tekstami piosenek, które same w sobie są bardzo oszczędne w słowa, a mimo to są bogate w treść. Nie wiem jak będzie z Wami, ale do mnie ich słowa trafiają aż nadto.

Pełnia miłości
(Ulver - All the Love)

Boimy się rzeczy
Których nie rozumiemy

Moce

Dobra
I zła

Tego świata

Przeszłość
Przyszłość

Przyrzeczenia

Głupota
Tych, co umarli

Za nic

Zostawiając swoje żony
I swoje dzieci

Za miłość

Jedyną rzecz
Która czyni nas ludźmi



Jak muzyka
(Ulver - Like Music)

Chcę byś
Mi powiedziała

Kim jesteś
W swoich snach

Kto w nich jest
I czy jest to piękne

Jak muzyka

Czy wiesz
Jeśli to słowo

Czy jest to miłość

Czy boli
W środku

Jak muzyka

Czy słyszysz
Zanika

Będę swoją walentynką

Nasza-klasa mnie rozwala. Jak wiadomo, zbliżają się walentynki. Wstrzymam się od wszelakich komentarzy na ten temat, gdyż zwyczajnie nie ich nie obchodzę (choć mam w planach pewną notkę na ten temat). Zresztą, nie o komentarz wobec tego święta chodzi, a o coś zupełnie innego. Jak każda komercyjna burza, walentynki muszą mieć swoich przedstawicieli wszędzie. I tak telewizja, ulice, czasopisma, telefony komórkowe itp. powoli zapełniają się wszystkim tym, co z walentynkami związane. Internet nie jest tutaj wyjątkiem. Kilka kliknięc dzieli nas od obdarowaniem walentynką swojej ukochanej/swojego ukochanego. Nasza-klasa nie pozostaje tutaj wyjątkem.

Co jednak mnie zaskoczyło, serwis ten pozwala na wysłanie walentynki samemu sobie. WTF? Po co ktoś miałby to robić? Jednakże, gdy się trochę bardziej nad tym zastanowić, to ma to sens. Nie każdy jest w szczęśliwym związku. Nie każdy ma kogoś, kto o nim będzie pamiętał. W końcu jest całkiem dużo osób (w różnym wieku), którzy nigdy nikogo nie mieli. I dla nich jest właśnie ta opcja. Tak, to jest oszukiwanie, ale jak można zaimponować znajomym? Sam mam kumpla, który kiedyś nam ściemniał, że ma dziewczynę. Potem się z nią niby rozstał, a potem przypadkowo ją poznałem. Trochę niefart dla niego. Niemniej, doskonale to nakreśla sytuację. Jeśli ktoś jest w stanie kłamać w kwestii posiadania kogoś, to co go powstrzyma przed wysłaniem sobie samemu walentynki?

W anime pt. Love Hina też była taka sytuacja. Keitaro, główny bohater - obowiązkowo nieudacznik, łamaga i pechowiec, który nigdy nie miał dziewczyny - jest mistrzem w przyrządzaniu czekoladek (w Japonii jest tradycja, że na walentynki dziewczyny dają chłopakom czekoladki, najlepiej własnoręcznie przyrządzone) właśnie dlatego, że co roku sam sobie przyrządzał wypasiony słodki podarunek – wszystko po to, by móc wzbudzać zazdrość wśród innych facetów.

Jak łatwo popisać się w ten sposób przed innymi. I na pewno znajdzie się multum osób, które to zrobią. Tylko czy wtedy nie pogrążą się we własnej żałosności? Pewnie tak będzie.

Wykres

Po czym poznać, że mam kłopoty w życiu, nie potrafię znaleźć sobie miejsca czy ułożyć wszystkiego? Odpowiedź jest prosta – po moim blogu. I niekoniecznie mam na myśli tematykę – o nie. Bo choć często jest dołująca i dotyczy mnie samego, to zawsze staram się przemycić coś uniwersalnego w tym, co piszę. No dobrze, trochę wskazują one na to, jak się czuję, jednak nie jest to główny wyznacznik.

Więc co nim jest? Ano jest nim sama ilość notek. Im gorzej ze mną, tym więcej piszę. Naprawdę! Ostatnio wypluwam z siebie teksty niczym dobrze naoliwiony karabin maszynowy, co wcale dobrze o tym wszystkim wokół mnie nie świadczy. W pisaniu zaś mam swój azyl, swoją ucieczkę.

I taka jest chyba prawda. Lubię to robić. Daje mi to poczucie tego, że to wszystko coś znaczy, że ktoś chce czytać to, co piszę. Daje mi to przemyślenia na swój temat. W końcu sprawia, że jakoś mi lżej.

Oczywiście nie jest to najlepszy wykres, ale jak ktoś spojrzy na ilość postów przypadających na dany miesiąc, to zrozumie, o co mi chodzi. Bardzo szczęśliwy dla mnie okres wakacji praktycznie nie został udokumentowany. Prawie nic wtedy nie pisałem, miejsce to zaś zaczynało umierać.

Teraz zaś jest ze mną źle, więc miejsce to kwitnie. Już kolejny dzień wrzucam minimum dwie notki... Rzadko zdarzała mi się taka częstotliwość. Co więcej, jest połowa lutego, a ja już wyrównałem swój miesięczny rekord wpisów. Jest drugi miesiąc, a wyrobiłem już 3/5 poprzedniego roku. A tematów mi naprawdę nie brakuje. Mam strasznie dużo pomysłów na pisanie, niekoniecznie na tematy związane z moimi problemami. Tak więc jeszcze przez jakiś czas miejsce to będzie bogate w treść. Ewentualnie zmieni to pisanie magisterki, choć osobiście w to wątpię. Blog ten jest dla mnie odskocznią od codzienności, jak znów będę miał blokadę przy pisaniu swojego masterpiece, to ucieknę właśnie tutaj. Bo gdzie indziej?

I tak to właśnie wygląda. Na koniec zapytam się: czego lepiej mi życzyć? Jeszcze wielu pomysłów na pisanie i nieskończonego zapału ku temu, czy wręcz przeciwnie – żeby mi tego zabrakło? Nie musicie odpowiadać, ja znam swoją odpowiedź.