czwartek, 3 marca 2011

Oczy

Gdy miesiąc temu zacząłem pracować w pewnej firmie, umknęło to mojej uwadze. Dopiero nieco później, podczas treningów indywidualnych, dostrzegłem, jak bardzo ludzie ze mną pracujący mają przekrwione oczy. Nie są to przypadki pojedyncze. Ba, mógłbym nawet stwierdzić, że więcej jest osób o zmęczonych, czerwonych oczach, niż tych z oczami zdrowymi.

Jest to o tyle specyficzne, że tylko oczy zdradzają ilość poświęcenia wkładanego w pracę. Ciała wyglądają na rześkie, uśmiechy nie schodzą z twarzy podczas żartowania ze znajomymi, jednak oczy pozostają te same. Umęczone, z trudem starające się skupić uwagę. Jest to widok dla mnie przerażający, szczególnie, że sam cierpię na nadwrażliwość oczu. Co gorsza jednak, czasami myślę sobie, że osoby te nie zdają sobie z tego sprawy.

Wtedy też zastanawiam się, ile one śpią w ciągu dnia. Co robią poza pracą. Faktem jest, że wiele osób (w tym ja) w ciągu tygodnia nie ma zbyt wiele czasu na cokolwiek. Czasami czas stracony trzeba nadrobić w nocy - szczególnie, jeśli ma się rodzinę. Każda minuta w pracy to minuta stracona z kimś bliskim. To chwile, które za wszelką cenę stara się odzyskać, jednak jest to niemożliwe - nie ważne, jak kto by się starał.

Pamiątką po nich pozostają przekrwione oczy, z którymi ludzie budzą się rano. Stygmaty poświęcenia dla siebie lub dla innych.

piątek, 29 października 2010

Pean technologiczny (A.K.A. CRW znów sobie popsuł laptopa)

Dzisiaj na blogu będzie pean pochwalny. Oto przedwczoraj, po raz trzeci, zalałem sobie laptopa. Pierwszy raz zalałem go sobie pomidorem z kanapki (wiem, pr0), drugi raz była to odrobina wody z sokiem, która się wylała z nakrętki trzymanej w dłoni. Mimo to, oba te przypadki były dość lekkie, gdyż zalaniu uległa tylko klawiatura, a pole rażenia było dość niewielkie. Wiadomo, problemy z klawiaturą były, które nota bene potem zlikwidowałem, o czym zresztą był wpis na blogu).

Teraz jednak było o wiele poważniej, bo zalaniu uległ cały laptop. Oczywiście, w normalny sposób stać się to nie mogło, bo tym razem przewrócił się słoik z kwiatkiem stojący na szafce nad lapkiem (słoik przewrócił się podczas otwierania drzwi). Tyle dobrze, że była to tylko woda, ale i tak poszło po całości. Od razu odłączyłem prąd, wyjąłem baterię, wytrzepałem wodę z lapka (ile się dało), wytarłem, wyjąłem klawiaturę do suszenia i odstawiłem resztę urządzenia w jakiś bezpieczny kont, co by se schło. Po godzinie-dwóch postanowiłem sprawdzić, czy lapek w ogóle się uruchamia, odpowiedzią zaś było: nie. No to trochę się tym przejąłem, bo i dane, i magisterka mogły pójść się jebać. Na moje szczęście jednak tak się nie stało, a laptop nazajutrz ożył (w sumie to już w nocy, po powrocie do domu, okazało się, że się uruchamia, ale dałem mu jeszcze kilka godzin na odpoczynek). Co więcej, wygląda na to, że nic nie uległo uszkodzeniu.

Cóż, nie wiem na ile pomogła moja szybka reakcja i ile było szans na działanie lapka. Wiem natomiast, że jeśli znów będę kupował sprzęt tego typu, to ponownie wybiorę Asusa. Poza słabą wytrzymałością baterii przez 3 lata laptop nie zawiódł mnie nigdy, a zdarzyło mu się nawet spaść podczas działania. Mówi się, że Asusy są wytrzymałe, ale teraz wiem to z własnego doświadczenia. Dlatego też gorąco sobie i Wam je polecam.

wtorek, 12 października 2010

Strumień życia i jego głosy

W dobie powszechnego dostępu do Internetu i informacji bardzo dużo mówi się na temat piractwa komputerowego, fonograficznego czy filmowego spowodowanego owym dostępem. Wielkie firmy fonograficzne i wielu artystów oskarżają miliony użytkowników o milionowe straty, inni artyści i użytkownicy bronią otwarcie głoszą prawo do powszechnego dostępu do kultury, ogłaszają coraz to nowe badania nt zbawiennego wpływu piractwa na sprzedaż płyt itp, mówią o prawie do wypróbowania danego produktu przed zakupem. Torrenty, będące wręcz współczesnym symbolem (czy nawet synonimem) piractwa, ciągle znajdują się na pierwszym planie tej batalii, coraz to bronione i atakowane, atakowane i bronione. W końcu dojść można do wniosku, że pobieranie z Internetu treści objętej prawem autorskim oznacza utratę czegoś przez kogoś, kradzież, czy innego typu przestępstwo lub czyn niemoralny. Można też dojść do wniosku, że jest to święte prawo konsumenta, czy nawet człowieka, realizowane w ramach dostępu do dóbr, których nie można określić pieniędzmi.

Często jednak się zapomina, że Internet oferuje w pełni legalnie i za darmo dużo dobrego. Dawno temu wspomniałem o profesjonalnym filmie udostępnionym na licencji CC, jednak jest to dość rzadkie zjawisko. O wiele częściej można się natknąć na gry i, przede wszystkim, muzykę. Okazuje się, że jest wielu artystów wywodzących się z różnych środowisk i wykonujących różne gatunki muzyczne, którzy postanawiają podzielić się swoją twórczością z innymi. Bez żadnych opłat, dodatkowych warunków itp. Wiadomo, różny jest poziom tego typu produkcji; często są one w najlepszym przypadku półamatorskie, zdarzają się jednak istne perełki. Nagrania wydane w pełni profesjonalnie, gotowe do nagrania na nośniki czy trzymania na dysku, ze wszystkimi bajerami pokroju okładek itp. Dzieła pasjonatów, którzy postanowili dać coś nie prosząc o nic w zamian.

Takim projektem z pewnością jest Final Fantasy VII: Voices of Lifestream, czteropłytowy kolos zawierający interpretacje utworów z tej kultowej gry. Projekt ten, poza wykonaniem przez wielu artystów, przyrównać można do nieistniejącego już zespołu Nobuo Uematsu, The Black Mages. Grupa ta wykonywała w rock/metalowym stylu przede wszystkim muzykę napisaną przez Uematsu właśnie na potrzeby serii FF (jest on głównym kompozytorem muzyki w tej serii). W tym jednak przypadku rzecz jest dużo bardziej skomplikowana, przede wszystkim poprzez rozpiętość gatunkową jaka panuje na tym wydawnictwie. Z jednej strony sporo jest utworów w stylistyce podobnej Czarnym Magom, jednak jest to tylko część większej całości; dużo miejsca poświęcono utworom w wersji elektronicznej (pojawia się nawet drum’n’bass), sporo jest też muzyki w stylu neoklasycznym, podobnym do oryginału, czy jazzu. W niektórych przypadkach dodano nawet wokale (wraz z napisanymi do nich lirykami), jest więc w czym wybierać.

Niestety ciężko mi napisać coś o samych utworach poza tym, że całości słucha się bardzo przyjemnie. Kompozycje same w sobie są świetne, ale to przede wszystkim zasługa ich oryginalnego autora, który jest istnym geniuszem. Kilka przeróbek nieco zaskakuje, kilka jest bliźniaczo podobnych do pierwowzorów, nie ma tu jednak jakichś szczególnie szokujących wersji. Za to wykonanie jest pierwszorzędne i słucha się tego przednio. Wyraźnie jest to album robiony przez fanów dla fanów (idea dość zapomniana ostatnio); z jednej strony stanowi tribute dla Nobuo Uematsu, z drugiej jest on szansą dla innych zapoznania się zarówno z jego twórczością, jak i muzyką pochodzącą z serii FF w ogóle – i to w pełni legalnie.

Niestety, nieco wątpię, by magia tego albumu trafiła do tych, którzy nie grali w FF7; przede wszystkim dlatego, że muzyka pochodząca z filmów i gier trafia do odbiorców przeważnie wtedy, gdy kojarzy im się z konkretnymi przeżyciami związanymi z tymi mediami. Czy OST z Władcy Pierścieni byłby tym samym, gdybym nie widział filmu? Pewnie nie, zanudziłbym się. Przy FF może być podobnie. Poza tym nie jest to muzyka na położenie się i słuchanie; w dużej mierze stanowi ona raczej tło dla tego, co robimy wokół . Taki już jednak urok ścieżek dźwiękowych – nie powinny odwracać uwagi i tak często jest i w tym przypadku. Mimo to, gorąco polecam każdemu, kto chciałby się zapoznać z tymi dźwiękami. Nawet jeśli się nie spodoba, warto komuś polecić ten album. Takie inicjatywy należy szerzyć tym bardziej, że w końcu to nic nie kosztuje.

Album można znaleźć na http://ff7.ocremix.org

niedziela, 15 sierpnia 2010

Rewolucja

Postanowiłem zrobić małą rewolucję na swoim dysku twardym. W ramach niepisania magisterki oraz porządków systemowych zdecydowałem się usunąć lwią część muzyki, która się na nim znajduje. Dość radykalna decyzja, szczególnie, że miejsca mi nie brakuje. Czemu więc?

Na pewno powodem była potrzeba uporządkowania zbiorów. Wielu rzeczy już nie słucham, do wielu, poza pierwszym zachwytem w ogóle nie wracam. W takich sytuacjach zawsze pojawiają się sentymenty pt "ale przecież będę do tego wracać". Nic z tych rzeczy, nie wraca się - niepotrzebnie więc zajmuje miejsce.

Drugim powodem jest fakt posiadania tych nagrań na płytach - po co mieć je w dwóch miejscach na raz? Szczególnie odnosi się to do płyt oryginalnych, z których w ogóle nie słucham muzyki. Zamiast tego, ciągle ripuję i trzymam na dysku (jak choćby dyskografia Acids, którą mam oryginalną, a którą i tak słuchałem tylko z dysku). Tak będzie wygodniej.

Jednak trzecim i najważniejszym powodem jest chęć poznania swojej muzyki. Tyle się teraz mówi o zmianie podejścia do słuchania, że obecnie muzyka to nie źródło doznań estetycznych, a tło. Że włącza się i leci, nie zwraca się uwagi na nią, najlepsza muzyka zaś to ta, która nie przyciąga naszej uwagi. Na pewno wpływ na to ma też mnogość - przy obecnych możliwościach jest się wręcz zalewanym nową muzyką, nie ma czasu wszystko odsłuchać. Nawet rzeczy, które wydają mi się znajome, takie z pewnością nie są. Na rzecz znania dyskografii nie znam doskonale pojedynczych płyt czy utworów. Muzyczna zachłanność mnie otępiła i teraz chcę to zmienić. Każdy jest teraz ekspertem, zna dyskografie dziesiątek zespołów, bo są one w zasięgu jednego kliknięcia. Jednak co z tego, skoro z tego słuchania nic nie wynika?

Tak właśnie! Będę poznawał to wszystko na nowo, dokładnie. Zamiast słuchać 10 płyt raz, jedną płytę przesłucham dziesięć razy. Z pewnością moja biblioteczka będzie rosła w czasie, jednak będzie to proces powolny. Wady tego pomysłu? Mało różnorodne statystyki na last.fm. Zalety? Bogactwo dźwięków do którego będę sięgać. Rewizja gustów? Bankowo lepsze poznanie zespołów, które lubię. Czas uczyć się muzyki na pamięć.