piątek, 27 lutego 2009

Czas

Taka krótka myśl chwili:

Najstraszniejszy w czasie nie jest fakt, że mija on nieubłaganie. Najstraszniejsze jest to, jak łatwo się go marnuje.

czwartek, 26 lutego 2009

Crawley'e nie słuchają poezji śpiewanej...

…chyba, że jest to Jaromír Nohavica. Kolejny wykonawca, który pasuje do mojego gustu muzycznego jak pięść do nosa. Kolejny wykonawca, który do mnie przemawia, a ja wszystkie słowa przyjmuję. Kolejny wykonawca, którego nauczyłem się w akademiku. Wszystko przez album Divné století (swoją drogą, z jego twórczości mój ulubiony) i niezastąpionego Tymka.

W sumie nie wiem, co takiego jest w muzyce, którą tworzy. Na pewno jest to bardzo melodyjne, przepełnione melancholią i tęsknotą za czymś, co przeminęło (znowu). Może to dźwięk gitary, nieprzesterowanych sześciu strun, który bardzo lubię (choć mniej, niż kąsanie elektryka). Ewentualnie mogą to być uczucia przekazywane głosem Jarka – tak piękne, od radości, aż po alkoholowy smutek. Może są to teksty, gdzieś na granicy zrozumienia i niezrozumienia, gdy łapie się co trzecie słowo z obcego języka, a i tak nie można być pewnym, czy jest to dobre znaczenie. Naprawdę nie wiem.

Wiem za to, że uwielbiam go słuchać. Nie w każdym momencie, wiadomo. Niemniej, gdy najdzie mnie ochota na tego typu klimaty, Nohavica sprawdza się doskonale. Tak, jest to muzyka dołująca, choć nie tak bardzo, jak Waits. Może dlatego, że często w tym wszystkim wyczuwa się nutkę optymizmu – "będzie lepiej" Jarek stara się nam mówić. "Teraz zaś śpijcie, ja wam zaśpiewam kołysankę." I ja jej słucham.

Wszystko zginie

Jedną z charakterystycznych cech ludzkich jest wręcz chorobliwa wiara w koniec wszystkiego. Koniec Świata pojawiał się i (nadal się pojawia) w wielu religiach – najlepszym i najbliższym nam przykładem jest Chrześcijaństwo i jego oczekiwanie na Dzień Sądu, choć dla mnie ciekawszym przykładem jest skandynawski Ragnarok, podczas którego dojdzie do ostatecznej bitwy, w której zginą absolutnie wszyscy. Czemu jest to dla mnie ciekawsze? Bo wizja chrześcijańska jest optymistyczna, ta zaś przesiąknięta jest głębokim pesymizmem, że wszystko i tak jest stracone.

I choć daleki jestem od krytykowania tych wierzeń (ba, sam wierzę w Sąd Ostateczny), niemniej zaskakujące jest to, jak ludzie pragną mieć koniec świata – nawet, jeśli są niewierzący. Nazwaliśmy to z Tymkiem ateistyczną eschatologią, choć bardziej adekwatne byłoby określenie eschatologia naukowa. Czym ona się charakteryzuje? Maniakalnym wręcz zaprzątaniem sobie głowy końcem świata, którego objawów jest wiele. A to kalendarz majów się kończy, a to Nostradamus coś przewidział, ewentualnie pieprznie w nas kometa. Tak ni stąd, nie zowąd. Telewizja tylko podsyca te przeczucia, co chwilę pokazując programy prezentujące jakiś wielki kataklizm – wszystko oczywiście opatrzone realistycznymi ujęciami filmowymi (hello Discovery!). Nawet głupi program telewizyjny co chwila reklamuje jakieś „filmy dokumentyalne,” w których to pokażą, że Warszawa zatonie, ludzie zginą a słońce zgaśnie. Szkoda, że to się stanie za miliony lat. Co jednak absurdalne, ludzie takie rzeczy oglądają i się tym przejmują. Może o zgaśnięcie słońca trudno się martwić, ale o kometę za piętnaście lat już nie. Żeby było śmieszniej, wszystko prezentowane jest tak, jakby to było pewne... A szansa jest nikła, wręcz zerowa. Czemu więc ludzie tak są tym zaaferowani? Ciężko powiedzieć.

Czasami odnoszę wrażenie, że człowiek musi żyć w stanie gotowości. Musi być przygotowany na to, że stanie się coś złego i będzie walczyć o przetrwanie. Kiedyś były to zarazy, potem wojny, atak nuklearny, atak terrorystyczny. Teraz czekamy na atak komety i kosmitów. Trochę to mimo wszystko nielogiczne.

Rzeka informacji

Obecnie ponoć mamy dobę informacji. Nie sposób się z tym nie zgodzić, gdy dzięki internetowi wszystko mamy pod ręką. Serwisy informacyjne dbają o to, żebyśmy byli na bieżąco. Wikipedia przechowuje całą wiedzę, także na te tematy, które nie są nam do niczego potrzebne. Google dba o to, żeby wszystko można było znaleźć. To, co łączy je, nazywa się informacją. Informacją, od której człowiek wydaje się ostatnio uzależniony. Nie potrafi bez niej usiedzieć, wytrzymać, wszystko musi wiedzieć. Oczywiście nie jest to wiedza na całe życie, tylko zwykłe zaspokojenie ciekawości, które zginie gdzieś w głębinach naszej pamięci. Wiem, bo obserwuję to po samym sobie – uwielbiam wynajdywać ciekawostki, babrać się w jakichś historycznych detalach, historiach języka itp, ale mało co mi z tego zostaje. Bo informacji jest coraz więcej i więcej, i więcej. W końcu nie da się tego ogarnąć.

I to jest ta refleksja, która mnie ostatnio ogarnia. Internet, a Google w szczególności (swoją drogą, internet=Gooogle, Google=internet, jeśli nie ma czegoś na Googlach, to prawdopodobnie nie istnieje), przemienia się w olbrzymie wysypisko śmieci. Znalezienie interesującej mnie informacji często jest niemożliwe, bo przykryta jest setkami niepotrzebnych stron, przypadkowych zbitków słów, fraz itd. Bardzo często mnie to zwyczajnie męczy, gdyż nie mam sił na absorpcję tego wszystkiego, mój organizm prowokuje odruch wymiotny i dreszcze. Niestety.

To, że internet jest śmietnikiem, widzę, między innymi, po frazach wpisanych w wyszukiwarki, dzięki którym ludzie trafili w to miejsce. Zwyczajnie szukali czegoś innego, jak choćby informacji i rozszczepieniu języka, czy informacji o Bataille'u. A tu figa, niekoniecznie to, czego szukali. Oczywiście, miło mi będzie, jeśli osobom tym spodobało się na tym blogu i teraz go odwiedzają regularnie, jednak nie w tym rzecz. Sprawa rozchodzi się o to, że obecnie naprawdę ciężko jest znaleźć potrzebną, wyczerpującą informację. Czasami sam zamykam się w azylu znanych mi stron i nie wychodzę dalej, z Googla korzystając głównie jako słownika/skrótu do stron, które chcę odwiedzić.

To, co napawa pesymizmem, to fakt, że będzie jeszcze gorzej. Internet wciąż się rozrasta, co oznacza wzrost śmiecia w internecie. W końcu jedyne, co pozostanie, to wyłączenie komputera i powrót do książek, encyklopedii, gazet... Ale może to nawet i lepiej.
"I don't wanna be your trash can" (Acid Drinkers, Private Eco)