środa, 28 kwietnia 2010

RPG, reaktywacja

Nie ma to jak powroty do przeszłości. Tydzień temu reaktywowaliśmy naszą fabularną drużynę i zaczęliśmy grać normalne sesje. Oczywiście skład z przeszłości nie pełen, bo tylko połowa nas się zebrała. Co gorsza, nie było naszego głównego mistrza gry (którego nie widziałem już kilka lat), ani też szalonego MG nr dwa, który z pewnością przeczyta te słowa. To oczywiście oznaczało, że ktoś inny musiał prowadzić. Padło na mnie, choć w sumie sam się zgłosiłem. Bo kto inny by poprowadził? No a bez mistrza nie da się przecież zacząć. Zresztą, tak też zaczynaliśmy kiedyś naszą przygodę – pojawił się MG i gra się rozpoczęła. Tak było i teraz.

A wyzwanie to było dla mnie nie małe. Po pierwsze, nawet jeśli gracze nie znali systemu, to byli oni zaznajomieni z RPG i nie wszystko można było im sprzedać. Do tej pory zdarzyło mi się prowadzić na poważnie tylko jednej drużynie, a i to składającej się głównie z osób niedoświadczonych. Tu miało być inaczej. Po drugie, nie jestem najlepszym MG, głównie z tego powodu, że mam dziwne podejście do obowiązku i marną zdolność improwizacji i wymyślania przygody w locie. Muszę się przygotować, choćby w średnim stopniu, by coś z czegoś wyszło. Inaczej są absurdy, nieścisłości i przegadana sesja. Między innymi dlatego pierwsze moje doświadczenia z prowadzeniem nie należały do zbytnio chwalebnych (choć niektóre elementy przygody przeszły do historii), Oczywiście, po części wpływało na to nasze podejście w tamtych czasach, jakoby MG powinien wszystko wymyślać na bieżąco, jednak prawda jest brutalna – tak się nie da. Nie dało się też w piątek, kiedy to stworzyliśmy postacie i zrobiliśmy szybkie wprowadzenie do gry. Chwila prawdy miała nadejść dzisiaj.

I nadeszła. Krótkie przygotowania i jedziemy od wczesnego popołudnia. Nie powiem, o takiej godzinie jeszcze nie zaczynałem. Wszystko miało trwać krótko, a gracze przyzwyczajeni byli do grania sesji po osiem, dziewięć godzin (tak, tyle kiedyś grywaliśmy!). Z drugiej strony, przygotowałem epizod przygody, który doskonale zawierał się sam w sobie, nieco zapoznawał z panującymi warunkami i systemem, a przede wszystkim dawał świetny start dalej. A przynajmniej tak miało być, bo czy w pełni to osiągnąłem, nie wiem. Na pewno jestem z całości zadowolony, w końcu moja pierwsze poważniejsze podejście do mistrzowania, do tego całkiem sprawne, także dzięki graczom (którzy sami robili sobie dylematy). Bawiłem się świetnie i prawdę powiedziawszy, nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że prowadzenie może dać tyle frajdy. A może, trzeba mieć tylko głowę na karku i nie przesadzać. Dziś ta sztuka mi się udała, zobaczymy, jak będzie następnym razem. Tak czy inaczej, nie tęsknię jakoś do odgrywania swojej postaci – nawet pomimo tego, że bardzo chciałbym zagrać w swoją ukochaną Legendę (a którą teraz prowadzę). Jak będzie dalej, przekonamy się już wkrótce.

Na koniec dodam tylko, że sam fakt wznowienia gry z tymi ludźmi (po jakichś sześciu latach) to już niebywały powód do radości. Wspomnienia wracają, wraca też poniekąd atmosfera tamtych czasów. I choćby dlatego pomysł na zorganizowanie sesji był strzałem w dziesiątkę.

P.S. Oczywiście nie mogło się obyć na sesji bez karczmarza i wielkiej pały... To co pojawiło się kiedyś, pojawiło się i teraz , znów z winy graczy.

niedziela, 14 marca 2010

Herbata z wróżbą

Postmodernizm pełną gębą! Dzisiaj oto w osiedlowej biedronce kupiłem, jak się okazało, mieszaną w Polsce indyjską herbatę z chińską wróżbą. Prawda, że fajny miks stonka nam zaserwowała? ;) Multikulturowość, o której wielu się nie śniło - szczególnie, że chińskie wróżby z ciasteczek to ponoć produkt amerykańsko-azjatycki, tak więc jeszcze jeden krąg kulturowy nam dochodzi. Dla niektórych pewnie profanacja, dla innych świetna zabawa.

Ale czemu nie? Każdy sposób na zainteresowanie klienta swoim produktem jest dobry, a tu mamy zrobione to z fantazją. Taka głupotka zrobiona małym kosztem, a cieszy. Kilka słów, które mogą zacząć dyskusję przy herbacie, wywołać uśmiech na twarzy kogoś smutnego czy nawet zmienić czyjeś życie... No dobrze, w tym ostatnim się zagalopowałem. Co by nie mówić o tym wszystkim, ja jestem jak najbardziej na tak! Lubię takie bzdurki i ukrywać tego nie będę. Kiedyś czytało się spody kapsli Tarczynków i Tymbarków, teraz będzie się czytać wróżby na odwrocie herbacianego papierka. I tyle.

Wróżba na wypity już kubek herbaty?

"Rozkosze miłości trwają krótko, kłopoty - całe życie."

W sumie to dość adekwatna wróżba, choć - jak to często bywa - wszystko zależy od interpretacji ;)

Onizuka

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek wkręcę się tak w jakieś anime. A tu proszę bardzo, od wczoraj nałogowo oglądam GTO. Szczęśliwie, seria nie jest ani jakoś strasznie długa (43 odcinki), ani też nie spędzam przy niej całego dnia. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie wciągnęło.

Sprawa jest o tyle ciekawa, że od dawna jakoś zbytnio anime nie oglądam. Kiedyś to była moja pasja, jednak jak to bywa z wieloma rzeczami, i to zainteresowanie jakoś zmalało, nabrało się dystansu i takie tam. Winę za to zrzucić bo można z jednej strony na brak jakichś ciekawych nowości, z drugiej na zapatrzenie w starocie z lat 90-tych, z trzeciej zaś (tak, jest trzecia) jakiś taki brak zapału, by poznawać nowe serie. Dodać też trzeba: niezbyt przepadam za oglądaniem samemu filmów czy seriali - przynajmniej tych, których odcinki mają więcej, niż 10-15 minut. Fakt, swego czasu oglądałem Family Guy'a, ale nie dotrwałem do końca trzeciego sezonu. Robot Chickena obejrzałem całego, ale ten nie dość, że miał krótkie odcinki, to jeszcze były one pod postacią przepełnionych intertekstualnością skeczy. A tu proszę, jednak.

Oczywiście musi być jakieś wytłumaczenie na zaistniałą sytuację, choćby takie, Great Teacher Onizuka nie jest nieznanym mi tytułem - mam pierwsze 5 tomów mangi, której zbieranie kiedyś tam zarzuciłem (i w sumie dobrze ^^). Trza też pamiętać, że nie jest to seria pierwszej młodości (drugiej też nie), gdyż liczy sobie ponad 10 lat. Tak, pochodzi ona ze schyłku lat 90-tych i ma sobą do zaoferowania wiele z tego piękna, jakie miała w tamtych czasach do zaproponowania japońska animacja. Począwszy od designu postaci, które wyglądały normalnie, dorośle gdy miały tak wyglądać i dziecięcy, gdy były dziećmi, nie zaś jak przerośnięte, plastikowe figurki o twarzach dzieci (tak, jak teraz); poprzez nieco wulgarny humor, zauważalne jeszcze zapatrzenie w animację zachodnią (teraz jest zupełnie na odwrót) i w końcu pewnego rodzaju feeling, który ciężko jest zdefiniować. Wszystko to sprawia, że oglądanie całości należy do bardzo przyjemnych.

I tak, fabuła często jest strasznie naciągana. Typowy shonen, młodzież może się na to złapie, ale dla nieco starszych osób klisze są aż zbyt widoczne. Wszystko idzie jakoś za łatwo, zbyt dużo w tym przypadku i szczęścia, ludzie zbyt szybko zmieniają swoje postawy. Ale mnie to w ogóle nie przeszkadza, bo dzięki Onizuce mogę przenieść się dekadę w przeszłość, kiedy wszystko wydawało się jakieś łatwiejsze. Nie mówiąc już o zabawie, jaka towarzyszy całości. Bo, choć świat prezentowany w GTO odbity został w krzywym zwierciadle, to jednak nadal jest on wyidealizowany. Chyba nigdzie indziej na świecie wyścig szczurów nie został posunięty do takiego ekstremum, jak w Japonii. Tam dzieci szkolą się do przyszłych zawodów nawet od przedszkola. Tu jest inaczej, tu na wszystko jest czas, wszystko jest beztroskie, słońce zaś cały świeci, a człowiekowi, gdy to ogląda, robi się jakoś lżej na sercu.

Dlatego właśnie kolejne odcinki pochłaniam z wypiekami na twarzy. Coś, czego nie robiłem chyba od czasów Love Hiny, a uwierzcie mi: było to bardzo, ale to bardzo dawno temu.

poniedziałek, 8 marca 2010

O pozwaniu Nergala, czyli czemu PiS i tak będzie wygrany?

Dziś doszła mnie wiadomość, że Nergal z Behemotha w końcu się doigrał i zostały mu przedstawione zarzuty. I wcale nie chodzi o bałamucenie skarbu polskiej muzyki, czy też zapomnienie o ideałach podziemia i, jak to niektórzy ładnie określają, sprzedanie się. Nie, nic z tych rzeczy! Nergal został pozwany za podarcie Biblii na koncercie. Nieco bardziej obeznani z całą sprawą mogliby się zastanawiać, gdzież to lider Behemotha znów podarł Bibilę? No więc znów nie podarł, bo jest to kontynuacja sprawy sprzed niecałych już trzech lat, kiedy to podczas jednego z koncertów na Pomorzu Nergal, ponoć w ramach performance'u wydarł kilka stron ze świętej księgi.

Cóż, nie będę komentować uzasadnienia zarówno Nergala, jak i pretensji urażonych, gdyż nie ma to obecnie sensu. No, wspomnę, że całe przedstawienie jakieś szczególnie szokujące nie było, a i stwierdzenie "podrzeć Biblię" wydaje się dość przesadzone (no bo zostało wyrwanych kilka stron). Niemniej, wielu mogło to zszokować, a i zszokowało. Tym kimś był zaprawiony w bojach z sektami i szatańskimi zespołami pokroju Moonspell, Ich Troje czy Czerwone Gitary, monsieur Nowak, przewodniczący organizacji do walki z sektami. Poszło oczywiście o obrazę uczuć religijnych, jednak (na jego nieszczęście) pozwać Nergala mu się nie udało ze względu na zbyt mała ilość osób urażonych - bo to dwie osoby być muszą, a pan Nowak drugiej takiej osoby nie znalazł. Przy okazji Adaś mu się odgryzł i złożył pozew o pomówienie (chodziło o nazwanie przestępcą), który zresztą proces wygrał. Tak czy inaczej sprawa przycichła... do czasu.

Bo oto, po ponad dwóch latach letargu obudzili się posłowie PiS. Gotowi bronić obywateli przed bezeceństwem postanowili spróbować znów postawić Nergala przed sądem - tym razem, jak się okazało, z powodzeniem. Oczywiście na koncercie nie byli, lecz sama wiadomość o tym czynie ich poruszyła (a i szok nie pozwolił im od razu zareagować). Tak czy inaczej, udało się, Nergal nie przyznał się do winy, będzie proces.

Wynik w sumie można przewidzieć, lecz nie to jest najważniejsze. Bo o co tak naprawdę chodzi? O uczucia religijne? Poniekąd, lecz nie chodzi o uczucia pozywających lecz obywateli. To, co zaserwowano, to czysta zagrywka PR-owska. Raz, posłowie (i partia) przypomnieli o swoim istnieniu. Dwa, zaznaczyli, że nadal są partią chrześcijańską i gotowi są bronić wiary - czyli plus wyborczy. Trzy, zastanówmy się na chwilę. Czy oni naprawdę chcą wygrać? Czy większym sukcesem nie byłaby przegrana? Jakoś jest tak z naszą narodową martyrologią, że lepiej traktujemy przegranych, szczególnie w słusznej sprawie. W tym wypadku wygrana przypieczętowałaby image partii, ale przegrana zrobiłaby dokładnie to samo - a może i bardziej. Przecież specjalnością Polaków jest walka z przeważającymi siłami wroga, a przegrywając posłowie będą mogli stworzyć obraz, jakby walczyli z przeważającymi siłami wroga, z mitycznym już układem, który broni "przestępców." A słupki będą rosnąć - tym bardziej, że Nergal nie jest w Polsce anonimowy, a każda babcia wie, że to "ten facet Dody." I w ten oto sposób nawet PiS ogrzeje się nieco w promieniach jego sławy.

W końcu wybory tuż tuż.