środa, 5 sierpnia 2009

Przystanek Broodstock 2k9

I znów miejsce to się zakurzyło. Niemniej, mam coś na swoją obronę – w ciągu dwóch ostatnidni w domu byłem może ze dwa dni. Czemu to tak? Ano najpierw był Hunterfest, potem Woodstock. Tego pierwszego na razie nie będę opisywał – zresztą, wiele osób już to zrobiło i kolejne słowa żalu nie są tu potrzebne. Za to nie omieszkam zrobić tego z Woodstockiem, gdyż impreza była nieziemska, a działo się tyle, że trudno to wszystko ogarnąć. Dlatego, zamiast pisać jakieś dziwne zawijasy, postanowiłem uporządkować wszystko w punktach.

1) Podróż – tym razem auto. Rok temu stwierdziłem (nie tylko ja zresztą), że jestem już za stary na woodowe pociągi, więc w tym roku wybraliśmy samochodzik jako nasz główny środek transportu. Był to dobry wybór, gdyż wygoda i atmosfera w nim panujące pozwoliły nam komfortowo dotrzeć na miejsce. No a poza tym mogliśmy odwiedzić Acidolkę – dość przypadkowo zresztą.
2) Punkt G, czyli miejsce, gdzie znajdowała się wioska Barmy Army. Co tu dużo pisać, wiele mord, których dawno nie widziałem, a warto było je zobaczyć. Generalnie niekończąca się impreza i mnóstwo znajomych.
3) Alkohol. Dużo alkoholu, gdzie nie spojrzeć, alkohol. Nie tylko piwa, ale też wódka, rakieta od sąsiadów (która zarówno dobrze wchodziła, jak i wychodziła), absynt, a nawet i Amol. Ten Amol to powoli tradycja się robi. Rok temu na Hunterfest'cie skończyła się wódka i ktoś wymyślił, że ma Amol. W tym roku też skończyła się wódka, ja wspomniałem historię i wtedy Kasia powiedziała: „Czekajcie!” Wiadomo, co przyniosła...
4) Jak alkohol, to wspomniane już piwo. Niestety, na woodzie był Lech, którego nie trawię, a zmuszony byłem go pić. Dość powiedzieć, że w sobotę wieczór już żadne piwo mi nie wchodziło. Tyle dobrze, że pół Woodstocku miałem piwo marki Argus Strong, przez niektórych zwane Angusem (na cześć Angusa Younga, gitarzysty AC/DC).
5) Zapiekanka – czyli to, po czym miałem zgona. Piłem, piłem i generalnie było OK. Poszedłem na zapiekankę i tyle mnie widzieli! W tym miejscu należą się podziękowania Acidolce, która się mną zaopiekowała. Tak czy inaczej, Jelonka widziałem tylko urywkami... Swoją drogą, żarcie na tegorocznym Przystanku było obrzydliwe! No i jakiś kretyn wpadł na pomysł, że najpierw trzeba kupować żetony...
6) Deprecha. Muszę zapamiętać, żeby nie chlać tyle na festiwalach, ewentualnie mieć na wszystko przy tym wyjebane. Generalnie udało mi się załapać nieciekawego doła... Cóż, bywa. Tyle dobrze, że była to tylko w miarę chwilowa niedogodność.
7) Earl Grey – tego komentować nie będę. Kto wie, o co chodzi, niech zachowa to dla siebie.
8) Lachonarium – to było bardzo pokaźne i wysokiej jakości, dlatego też bardzo często chodziliśmy na myjki zarywać dziewczyny. Tu pozdro dla mojej ekipy, czyli Gżesia i Qwasa. Bez nich te wypady nie byłyby takie same. Do tego nauczyłem się, że najlepszym tekstem na wyrwanie nie są żadne wymyślne porównania czy zagajenia, tylko „Cześć. Idziesz z nami?” Szkoda tylko, że mam tak słabą pamięć do imion... Poza tym ukuło się catchphrase Qwasa, czyli „Mnie to nie przeszkadza.” I jeszcze jedno – bezczelność Novego mnie wręcz zaskakuje. Bo kto by podszedł do nieznajomej i powiedział jej „Masz fajne cycki jak na laskę malującą markerem”?
9) Publika. Ta była... co najmniej dziwna. Z jednej strony bardzo miłe przyjęcie Możdżera, Danielssona i Fresco, z drugiej na Guano Apes dziwnie się na mnie patrzyli, jak krzyczałem „POKA CYCE!” Cóż, widać mało thrashowa publiczność, choć młyn na Clawfingerze wymiatał. Pamiętna była też matka, która wyszła z dzieckiem na linię ściany śmierci co by popatrzeć. Była dość zdziwiona jak jej powiedzieli, że tu może być niebepiecznie.
10) Jak już jesteśmy przy koncertach, to dziwnym trafem udało mi się trafić tylko na trzeci dzień. W sumie żałuję tylko przegapienia Volbeata i koncertu jubileuszowego, ale jakoś to przeboleję.
11) Poplin Twist i Slow and Stoned, czyli Crawley bawiący się w Litzę. Nie wiem czemu, jakoś te wałki weszły mi do głowy i co chwila ryczałem je w duecie z Gżesiem.
12) Gżesió, czyli główny kompan na woodzie. Opcja myjki+piwo, ciągłe łażenie na podryw, darcie mordy i równe zgony – oto, jak wyglądał nasz Woodstock.

I to by było chyba na tyle. Pewnie o części rzeczy zapomniałem, części nawet nie pamiętam, ale to już jest magia Woodstocku. Za rok będę na pewno, bo jak można opuścić takie wydarzenie. Na koniec chciałbym pozdrowić wszystkich tych, z którymi się bawiłem, czyli wioskę Barmy Army i jej gości, w szczególności zaś ekipę z naszego autka: moja sister, Acidolka, Angol, Qwas; a także Gżesia, który to z nami już nie jechał.

5 komentarzy:

Żustin pisze...

No działo się działo! :D
Ja muszę przyznać, ze także wielu rzeczy nie pamiętam :D No ale co poradzić - to jest właśnie urok Woodstocku :D

Crawley pisze...

Najbardziej rozwaliła mnie dziś pani z recepcji u dermatologa. "To na woodstocku pan był? Ile osób zmarło?"

Kairon Askariotto pisze...

A no ładnie wypisane Crawuś, całkiem solidnie ale muszę Ci powiedzieć, że głowy wczoraj/dzisiaj do picia to Ty nie mialeś ;P

kittie_corpse pisze...

Ehhh, pięknie było... Zwłaszcza, że pod wezwaniem Angusa II Mocnego.

Nieodmiennie Woodstock jest dla mnie takim magicznym miejscem, w którym ładuję akumulatory na resztę roku...

I na niewiele ta energia by się zdała, gdyby nie WY :*

...A poza tym i tak najfajniejszego kociaka wyrwaliście przy toi toiach, hmm? ;]

Qwas pisze...

gwoli ścisłości - tej kobiecie z dzieckiem ja mówiłem że będzie ostro i na serio.

a do podrywu powinieneś dodać ze nie należy chodzić zbyt szybko bo wtedy nie widać kogo podrywasz. a ciebie strasznie goniło z kąta w kąt ;P

relacja fajna, ale mase rzeczy pominąłeś a szkoda.