piątek, 3 lipca 2009

Radio Crawley

Przyznać muszę, że ostatni tydzień, nie dość że trwał całe osiem dni (a nie, jak mu kazano, siedem), to jeszcze obfitował w różnego rodzaju wydarzenia, spotkania itp. I choć nie widziałem wszystkich osób, które chciałem, to nie jestem w stanie zaliczyć tego czasu do nieudanych. Powiem więcej, jestem bardzo zadowolony z tego czasu.

"Ale o co chodzi?" zapytacie. Ano ubiegły tydzień spędziłem w centralnej Polsce – w końcu ile to można siedzieć na pięknym południu kraju? A że i ludzie zapraszali do siebie, a i niektórym obiecywałem od czterech lat, że ich odwiedzę, to nie pozostawało nic innego, jak spakować się i jechać w siną dal. Co się działo, postaram się opisać w kilku najbliższych notkach. Jednej, zbiorowej pisać nie chcę, bo i na różnych rzeczach się będę skupiał. Tak np. dziś powiem nieco o... radiu.

Tak właśnie, radiu. Wszystko przez Kólę, któremu pozazdrościłem gościnnego udziału w Trotylowej metalowej audycji radiowej. No to napisałem do niej w tej sprawie, a że Trotyl była bardzo chętna, pozostało nam dograć odpowiedni termin. Po wielu perturbacjach i ustaleniach data mojego debiutu radiowego padła na 23 czerwca (skądinąd znacząca dla mnie data), czyli wtorek. Na stacji PKP pojawiłem się gdzieś koło 17, nieco sfatygowany imprezą dnia poprzedniego. Nie był to jednak największy problem. Nie był nim też głód, chwilowo zaspokojony kebabem. Nie, prawdziwą trudnością była trema, która mnie zżerała. Tak, jak wystąpienia z wierszykami przed klasą, gdy zawsze się strasznie stresowałem – zawsze się denerwowałem, zawsze coś zapominałem. I choć Trotyl mówiła mi, że nie ma się czego bać, ja wiedziałem lepiej. Przecież mam taki nieradiowy głos. Pewnie jakieś głupoty palnę, nie mówiąc już o tym, że ludzie mogą mnie zwyczajnie nie zrozumieć. Ach te wszystkie pytania i spocone ręce. Jeszcze bardziej się podenerwowałem, gdy okazało się, że Trotyl będzie bezpiecznie zamknięta w kabinie operatora, ja zaś miałem siedzieć ze słuchawkami i mikrofonem poza nią. Innymi słowy – zero wsparcia w trudnej chwili. Tzn wsparcie było... za szkła, czyli nie to samo. I prawda jest taka, że z początku nie jestem wcale zadowolony. Głos mi się nieco załamywał, język plątał, pustka w głowie... Dobrze, że miałem wodę. Dobrze, że udało mi się namówić Trotyla i w tej konfiguracji długo nie trwaliśmy. Wbiłem się do kabiny, usiadłem w fotelu obok i nagle zyskałem nieco pewności siebie. Oczywiście, nadal nie było doskonale, ba – nie wiem, czy było nawet dobrze. Ale z minuty na minutę stawałem się pewniejszy siebie, pozwalałem sobie na coraz więcej. Pewnie to też zasługa pani prowadzącej – wiadomo, w grupie raźniej. Bez żadnych sztucznych barier. Doszło do tego, że pozwalałem sobie na żarty i tym podobne. W końcu była to bardzo dobra zabawa, którą na pewno będę wspominał miło. Ino trzeba nieco popracować nad głosem. Przynajmniej pierwsze koty poszły za płoty i jako tako wiem, jak się zachować. Kto wie, może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja – mi się podobało. I mam nadzieję, że wszystkim tym, którzy mnie słuchali, też.

Współudział w audycji był też okazją do podzielenia się kilkoma utworami, które ostatnio często grają mi w duszy. Ot, taka możliwość posłuchania z ludźmi tego, co się lubi. Bardzo fajne uczucie- szczególnie, że miałem wpływ na kształt połowy listy puszczanych utworów. Niektórzy kręcili nosem, ale to też dlatego, że starałem się puścić rzeczy nieco mniej znane, a wg mnie warte uwagi. Z wielu powodów. I to się udało – bo jeśli choć jedna osoba zainteresowała się tym, co wybrałem, to już jest sukces. Szkoda tylko, że audycja trwała jedynie dwie godziny – bardzo krótki czas, w którym tak po prawdzie za wiele nie da się powiedzieć/puścić. A szkoda. Niemniej, jak już pisałem, może kiedyś nadarzy się jeszcze okazja na gościnny występ. Bo prowadzić własnej audycji bym nie chciał – nie z moim monotonnym głosem. Ale tak przyjść od czasu do czasu, pożartować z prowadzącą, wybrać coś fajnego... Czemu nie. Szczególnie, że kilka osób mnie pozdrawiało podczas audycji. I to mnie strasznie cieszy. W końcu ktoś chciał mnie słuchać – a przecież nie musiał.

Trotyl, dziękuję Ci za to wszystko.

1 komentarz:

Żustin pisze...

Aww... ^^ To ja dziękuję, ze chciało Ci się przyjeżdżać do Uci ^^ i zapraszam ponownie, z mniejszą dawką szatana i z własnym prowiantem :P