piątek, 18 października 2013

God bless Spotify

Dawno temu popełniłem wpis na temat oczyszczenia dysku twardego ze zbędnej muzyki. Zasady jakość, nie ilość staram się trzymać do tej pory, nie tylko w zakresie muzyki. Co się zmieniło, to realia. Trzy lata to wieczność w internetach, zaś ostatni rok był szczególnie rewolucyjny w tej kwestii.

Cały ambaras rozchodzi się o serwisy streamingowe (Spotify, Deezer, Wimp i pewnie jeszcze wiele innych), które za niewielką opłatą, a przez pewien okres czasu i bezpłatnie, oferują nieograniczony dostęp do swoich zasobów muzycznych. Tak, wiem, nic nowego; pewnie wiele z Was nie tylko o nich słyszało, ale nawet z nich korzystało (i korzysta). Jednak czy zastanawialiście się nad implikacjami?

Oto nagle nie trzeba czegoś mieć, by mieć do tego dostęp. Jeśli podoba nam się dana piosenka, nie musimy kupować płyty. Ba, nie musimy kupować piosenki, najzwyczajniej w świecie jej słuchamy. Lubienie zespołu czy okazjonalne słuchanie nie jest już wyborem pomiędzy kupić a ściągnąć, już nie. Wszystko co chcemy jest pod ręką, bez dodatkowych kosztów.

Pięknie! Nagle nasze dyski przechowywać zaczną rzeczy tylko wartościowe. Bo nie ma potrzeby przetrzymywania czegokolwiek, do czego chcemy mieć dostęp na chwilę. Dyskografie mp3? Po co to komu? I wbrew pozorom sprawia to, iż bardziej zaczniemy doceniać to, czego słuchamy. Nagle liczy się wybór. Nie są to nic nie znaczące pliki, które ściągnęły się z torrenta. A jeśli brakuje czegoś? Cóż, trzeba poszukać czegoś innego. Nie musimy przecież znać całej dyskografii danego zespołu. Przynajmniej ja nie potrzebuję.

Nagle wszystko wraca do normy. Paradoksalnie dzieje się tak dzięki "największemu wrogowi rynku muzycznego". Przy okazji przypomina mi się slogan reklamowy sprzed 13 lat. Wtedy to CD Projekt wystartował z eXtra grą - hybrydą czasopisma i gry komputerowej, w której za niewielką cenę (30 zł) sprzedawał gry zupełnie nowe. W czasopismach branżowych pojawiały się nekrologi piratów, całość zaś była kwitowana stwierdzeniem "Pirat nie żyje, nie był już potrzebny".

Tutaj może być tak samo. Ba! Moim zdaniem będzie, przynajmniej tak długo, jak długo będą istnieć te serwisy, oferta ich zaś będzie godna pokuszenia się. W końcu jednak tendencje, jakie wywołują one, przerzucą się na inne sfery życia. Najpierw muzyka, później media, gry, w końcu ubrania, jedzenie, życie. Mniej znaczy więcej. Mama uczyła, by dobrze przeżuwać.

czwartek, 17 października 2013

Ścieranie kurzy

Trochę ciężko jest mi uwierzyć, iż minął już prawie rok od ostatniego posta. Cóż, sumienność nigdy nie należała do moich zalet, za to zdolność marnowania czasu na rzeczy błahe jest wręcz moim przymiotem i powinienem ją sobie jakoś wytatuować. Na całą sytuację można też spojrzeć z punktu widzenia Kazika Staszewskiego: "Artysta głodny to artysta płodny", ja zaś w gruncie rzeczy od dłuższego czasu jestem "najedzony". Komfortowe warunki bytowania mogą być związane z tendencją do lenistwa, więc koło się zamyka. W końcu czasami też brakuje mi czasu, ale jest to poniekąd związane ze wspomnianym zamiłowaniem do marnotrawienia czasu (jednej z niewielu rzeczy, której nic nam nie przywróci).

Ale to tylko wymówki. Muszę Wam wszystkim przyznać, iż są to powody pośrednie, nie mające aż tak dużego znaczenia, jakie bym im przypisywał. Problemem jest co innego: wszechogarniające uczucie otępienia. Ciężko to sprecyzować, ale od dłuższego już czasu odczuwam dojmujący brak czegokolwiek wartościowego do powiedzenia. Wiąże się on z trzema innymi doświadczeniami:
  • ulotność myśli błyskotliwej;
  • nieumiejętność sformułowania myśli;
  • brak jakiegokolwiek znaczenia.
Pozwolę sobie krótko rozprawić nad wyżej wymienionymi punktami. Po pierwsze ulotność. Jak wielu zapewne wie, najświetniejsze pomysły, najgłębsze przemyślenia rodzą się w momentach absolutnego skupienia na sobie: siedząc na kiblu, przed zaśnięciem, najczęściej jednak w drodze autobusem lub idąc piechotą do domu. Myśli, które czasami nami poruszają, jakby miały zmienić nasze życie, a jednak przemijające i zapomniane równie szybko, jak ich pojawienie się.

Po drugie nieumiejętność ubrania tego wszystkiego w słowa. Myśl to mimo często uczucie. Coś, co staramy się przedstawić sobie w słowach, rozważamy w słowach, jednak sama w sobie jest uczuciem, które rozpala serce i umysł. Problem pojawia się wtedy, gdy przychodzi chęć podzielenia się ją ze światem. Początek pisania, kilka błyskotliwych zdań i pustka. Dojmujące uczucie niedoskonałości słów, zdań, którymi chcemy to wyrazić. W końcu całość ląduje w koszu, gdyż niewarta jest bycia przeczytaną.

W końcu brak znaczenia. Chodzi trochę o uczucie pisania w pustkę. Nie czujcie się obrażeni wszyscy ci, którzy czytacie te słowa (a jestem Wam za to bardzo wdzięczny, nie wiecie jak wiele to dla mnie znaczy), gdyż nie ma powodu. Na myśli mam trochę taki fejsbukowy syndrom wyrażania myśli (mniej i bardziej błahych) które trafiają do miejsca wręcz zatrutego głosami, a przez to lądują w pustej przestrzeni. Im mniej znacząca myśl, tym więcej ma posłuchu, tym więcej osób klika lajki. Ja zaś, narcyz, na lajki łasy, wrzucam rzeczy nic w gruncie nie znaczące, by pokazać jaki jestem fajny i spoglądać na licznik. Ja, który chciałbym być dla innych głosicielem prawdy, mesjaszem. Chciałbym, by ludzie patrzyli na mnie, spijali słowa z mych ust, zaś oczy ich otwierały się na nieznane. Żądza ta towarzyszyła powstaniu tego miejsca i nigdy mnie nie opuściła, nawet w momentach, gdy blog ten odchodził od tych założeń (czy kiedykolwiek się do nich zbliżył?).

Wszyscy jesteśmy ekshibicjonistami. Na swój sposób chcemy być w centrum uwagi, a gdy brakuje nam siły przebicie, poddajemy się. A siły przebicia zawsze będzie brakować - moje myśli nie są ani błyskotliwe, ani przełomowe, ani też nie muszą być dla wszystkich ciekawe.

Innymi słowy, pokonał mnie mój własny perfekcjonizm, moja chęć bycia idealnym. Wszystko to, o czym pisałem zrodziło zniechęcenie. Brak wiary w siebie i w swoją wartość.

Tak więc oto tu stoję. Otwieram przed Wami swe serce licząc, że uda mi się wykrzesać jeszcze choć trochę iskry. Że zrodzi się ze mnie coś wartościowego. Niekoniecznie genialnego, ale zawsze wartego przekazania. Czasami chciałbym zrezygnować ze wszystkich mediów społecznościowych, wrócić do podstaw, do pracy organicznej. Mniej znaczy więcej! Skupić się na tym miejscu, na moim drugim blogu i dać się poznawać przez te miejsca. Nie rozmieniać się na drobne.

Może kiedyś do tego dorosnę.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Rzeczywistość

Czy zdarza wam się kiedykolwiek tracić kontakt z rzeczywistością? Mi w gruncie rzeczy często. Od dziecka zdarzało mi się wymyślać przeróżne fantastyczne scenariusze do sytuacji czysto teoretycznych, aczkolwiek możliwych. W zależności też od nastroju, były one mroczne i pesymistyczne, jak i bardzo fantastyczne. Poniekąd mam tak do dzisiaj. Oczywiście łatwo jest mi rozróżnić prawdę od fałszu w takich przypadkach, niemniej czasami zadaję sobie takie oto pytanie: czym jest rzeczywistość? Co jest prawdą, a co fałszem?

Pod takie myślenie można podciągnąć jedno z pytań zadawanych przez pisarzy z nurtu cyberpunk. Brzmiało ono: co czyni człowiekiem? Czy sztuczna inteligencja lub cyborgi mogą być uważani za ludzi? Czy ktoś pozbawiony ciała, żyjący w cyberprzestrzeni nadal jest człowiekiem? Chyba tak, przecież to czyjś obraz w cyberprzestrzeni. A co z rzeczywistością? Czy rzeczywistość wirtualna, w której mogę być prawdziwym sobą jest gorsza od tej rzeczywistości codziennej? Sporo tych pytań, dla mnie jednak rodzą inne pytanie: co jest rzeczywiste. Tym bardziej, iż w gruncie cyberpunk jest tutaj. Żyjemy w nim non-stop, a przynajmniej w jego wirtualnej części. Internet przenika nasze życia, jest częścią nas. Dla wielu jest możliwością wyrażenia siebie - czegoś, na co nie odważyli by się gdzie indziej. Dla nich więc jest to miejsce prawdziwsze niż to, co ich otacza na co dzień. To tu mogą być szczerzy, nie muszą udawać. No dobrze, pojechałem trochę...

Pytanie jednak pozostaje. Pamiętacie Matrix? Jego mieszkańcy sądzili, iż żyją w realnym świecie; tylko garstka znała prawdę. My możemy znajdować się w podobnej sytuacji. A co, jeśli jesteśmy tylko mrówczą farmą, bakteriami w czyimś organizmie czy nawet postaciami w jakiejś grze? A może sobie to wszystko zwyczajnie wymyśliłem, a teraz śpię gdzieś indziej? Mnie takie wizje przerażają. A wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do jednego. Czy jest coś poza tym, co widzimy i coś poza tym, kiedy widzieć przestaniemy.

Niestety nasz pozbawiony metafizyki świat, oparty na tym, co można dotknąć, powąchać, usłyszeć, zobaczyć, nie jest w stanie udzielić tych odpowiedzi.

wtorek, 6 listopada 2012

Blog

Ponownie przyszedł czas narzekania, tym razem jednak będę narzekać na siebie. Od dłuższego czasu nie potrafię nic tutaj napisać, niby wpadają mi do głowy jakieś pomysły, tematy, przeróżne inicjatywy... a jednak nic. Jakbym utracił dryg do pisania, ale to wcale nie jest to.

Zawsze chciałem, żeby ten blog przekazywał coś uniwersalnego, dawał do myślenia, coś stymulował. Można to nazwać przerostem ambicji, ale tym właśnie miał być: samolubną chęcią pokazania własnego punktu widzenia i przekonania innych do niego, otwarcie własnego okna na świat, przy czym okno to nie miało pokazywać świata, to świat miał widzieć wnętrze. Wnętrze, co warto podkreślić, urządzone, stylowe. Nie jakieś sypialnie czy łazienki, tylko salon, pokoje użytkowe, kuchnie. To, co daje mi do myślenia, to, co mnie inspiruje. Wychodziło różnie, jednak zawsze coś z tego było. Teraz nie ma.

A ja się pytam siebie: czemu? Czemu tak się dzieje? Czyżbym najzwyczajniej w świecie przestał myśleć? Przestał postrzegać krytycznie, a zamiast tego zaczął przyjmować wszystko takim, jakie jest? Możliwe, że zawsze tak było, a moje domniemanie wyjątkowe spostrzeżenia takowe nie są. A co, jeśli wszyscy myślą tak, jak ja? A przecież pisanie o tym, co wszyscy wiedzą jest nie tylko niepotrzebne, ale i poniekąd głupie. Ameryki ponownie odkrywać nie trzeba.


I tak tkwię sobie w zawieszeniu, przekonując siebie (na zmianę), iż nikt tak po prawdzie nie potrzebuje moich spostrzeżeń, a to że w gruncie rzeczy żadnych spostrzeżeń nie mam.

A blog leży odłogiem.

niedziela, 22 lipca 2012

Do posłuchania...

Wiem, że straszna tu od dłuższego czasu posucha. Żeby choć w minimalnym stopniu wypełnić tę lukę postanowiłem wprowadzić mały dodatek do bloga - rubrykę "Do posłuchania". Znajdziecie ją po prawej a znajdować się tam będą zespoły godne polecenia (może nawet usunę rubrykę Muzyka, która w gruncie rzeczy jest bezużyteczna i nic nie mówi).

Na pierwszy ogień idzie Zechs Marquise z ich najnowszym krążkiem Getting Paid. Przyciągnęła mnie okładka, niemniej sam album wart jest bliższego poznania. Co do samej rubryki, postaram się ją aktualizować w miarę często. Jeśli ktoś chciałby wyrazić swoją opinię na temat danej muzyki, niech robi to w komentarzach do posta.

Miłego słuchania.

niedziela, 15 lipca 2012

Huśtawka

Gdy przez dłuższy czas tu nie piszę, zawsze zastanawiam się czy ktoś jeszcze tu zagląda. Przestoje niestety są potwornie długie, ja zaś nie potrafię znaleźć formuły dla tego bloga. Niby jest tyle do pisania, tyle do komentowania, a jednak coś tu nie chce zaskoczyć i chęci do pisania brak. A jak się już pojawi, to nagle w umyśle panuje pustka i nie jestem w stanie sklecić żadnego zdania... Nic to, narzekam, a wcale nie było to moim celem.

W ramach odkopywania tego, co inspirowało mnie lata świetlne temu zapuściłem sobie Greatest Hits Björk. Ktoś pewnie pokręci nosem, że składak, ale sprawa to naprawdę godna uwagi - szczególnie, że do  Björk  mnie przekonała. Co za tym idzie, spodziewałem się nastrojowych wzlotów i upadków, płynięcia z muzyką, a tu lipa...  Jakieś struny nie zagrały, nie ma huśtawki emocjonalnej. Nic się nie dzieje a zaczynam się zastanawiać, czy jest to spowodowane atmosferą miejsca, brakiem alkoholu, czy może zmianami w moim charakterze, jakie mogły zajść. A jeśli to ostatnie, to należy zadać pytanie: jak bardzo nasz stan emocjonalny wpływa na odbiór? Na to, że coś się podoba, a coś nie?

Szczęśliwie się nie poddałem i dosłuchałem do końca. Coś tam powróciło, niemniej uświadomiłem sobie, że  Björk  będę musiał odkrywać na nowo (bo dawać jej się dalej kurzyć nie wypada).
Z drugiej strony później zapuściłem sobie Debut i jakoś tak wszystko wydawało się wracać do normy. No dobrze, nie miałem zamiaru skoczyć przez balkon na główkę.

sobota, 24 grudnia 2011

Święta

Cieszę sie na te święta. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie mogę doczekać się Wigilii, prezentów, potraw, atmosfery. Nie przygotowywałem się do tego jakoś specjalnie czy pięknie (z postanowieniami zawsze było u mnie krucho), a jednak czuję się, jakbym na ten właśnie moment czekał ostatnie pół roku.
Tym razem Święta będą inne niż zwykle. Inne, niż kiedykolwiek wcześniej. Po raz pierwszy od dawna czuję się ich częścią. Czuję, że przenikają moje życie i że mam na to wszystko wpływ. Czuję radość z nich płynącą i wiem, że te święta będą wyjątkowe. Szczęśliwe.

Życzę, żeby Wasze Święta w Waszym odczuciu były równie wyjątkowe.

środa, 9 listopada 2011

Już nie moja klasa

Zebrałem się w sobie i w końcu usunąłem konto na naszej klasie (mail z prośbą o usunięcie danych osobowych z serwera też poszedł - ciekawe kiedy rozpatrzą i odpowiedzą). Sporo czasu zajęło mi podjęcie ostatecznej decyzji - szczególnie, że nosiłem się z tym już dość długo. Zawsze jednak pojawiała się myśl "a może mi się jeszcze przyda?", "mam tam sporo znajomych, z którymi teraz nie utrzymuję kontaktu, ale może jeszcze będę" lub też "może będzie jakieś spotkanie klasowe, warto trzymać". Ostatnie wiadomości datowane na dwa lata wstecz wcale temu nie przeszkadzały. Może było to przywiązanie do konta? A może wrodzony show off (nie potrafię znaleźć na to słowo dobrego słowa w polskim), który każe się lansować na każdym kroku (po to przecież jest facebook). Tak czy inaczej doszedłem w końcu do wniosku "Po co mi to?" i usunąłem. Nie ma za tym żadnej ideologii, żadnych ruchów i przeświadczeń o popsuciu się serwisu nk (czyli czegoś na zasadzie kiedyś było fajnie a teraz już nie jest fajnie - mimo, że w sumie jest lepiej).

Interesujące jednak jest to, że poczułem chęć pójścia za ciosem. Bo w końcu po co mi facebook, na którego i tak rzadko zaglądam, a jak już, to wrzucam jakiegoś linka i patrzę kto dał "lubię to". Po co mi G+, które z jednej strony jest bardziej hipsterskie (bo mniej osób tam siedzi) i przez to bardziej awangardowe, z drugiej nie daje takich możliwości jak facebook. Po co mi last.fm, który w sumie służy już tylko i wyłącznie do chwalenia się swoim gustem - przynajmniej dla mnie. Nie, nie twierdzę, że te serwisy są złe. Nie są. Raczej ja nie wykorzystuję w pełni ich potencjału. Zamiast żywego kontaktu z ludźmi (czasami długo niewidzianymi) sporadycznie krzyczę w pustkę. Co gorsza ten krzyk tak na prawdę nic ze sobą nie niesie.

Po co mi więc profile na portalach społecznościowych. Czemu jeśli chcę coś przekazać, decyduję się zrobić to na fb, nie zaś np. na tym blogu? Prostota tego pierwszego? Brak zobowiązań? A może mój własny wymóg, by ten blog był czymś lepszym? Ale czy to usprawiedliwia mnie od śmiecenia gdzie indziej?

Serio. Czuję się trochę jak na emocjonalnej pustyni. Wszystko to, co robię na serwisach społecznościowych to tak na prawdę nic nie warte śmieci. Nie ma tam zaangażowania, nie ma tam uczuć... W sumie nie ma nic wartego uwagi - może poza okazjonalnymi dyskusjami ze znajomymi. Z tymże do dyskutować i utrzymywać kontakt można za pomocą maila, który z zasady jest bardziej zaangażowany? Dlaczego? nie zapisać się na grupy dyskusyjne czy chociażby częściej pisać na komunikatorze? Czemu nie rzucić tych wszystkich portali w trzy diabły i nie zacząć bardziej angażować się w to co chcę przekazać?

Odpowiedź jest jedna: strach przed tym, że gdy pozbędę się tego co niskie, to co wysokie wcale nie musi nadejść. Zamiast nich przyjdzie pustka.

wtorek, 8 listopada 2011

Ścieżka jest jedna

Zawsze sobie coś obiecuję a nigdy z tego nic nie wychodzi. Chodzi oczywiście o pisanie na blogu. Niby mam więcej czasu niż wcześniej, niby więcej do pisania, nawet czasami warunki przypominają te z czasów mojej największej pisarskiej płodności... a jednak. Czas, jak to czas - marnuje się - zarówno w pracy, jak i poza nią. Tematy też jakoś tak... czasami coś zacznę pisać, ale niekończę z uczuciem niezadowolenia, może nawet niesmaku wywołanego tym, co już napisałem. 

Kryzys? Może.... a może najzwyczajniej w świecie się zatrzymałem. Nie rozwijam się już w ogóle, wzamian odcinając się od wszystkiego, łącznie z samym sobą. Bardzo mi się to nie podoba, a jednak ciągle tak jest. Chciałbym to zmienić, a nie potrafię. Zająć się czymś innym co przeniknęłoby na tego bloga. A w sumie wychodzi na to, że znów spędzam czas przed komputerem. Czas, który bezpowrotnie tracę.

Nawet teraz, kiedy jestem w pracy, powinienem mieć mnóstwo okazji do pisania - ale jakoś tak się nie chce. Czasami zasłaniam się tym, że w gruncie rzeczy do pisania się nie nadaję. Nie jest tak. Prędzej spowodowane jest to tym, że muzyka zniknęła z mojego życia. Stało się ono szare zamiast czarno-białe - przynajmniej w formie odczuwania. Zniknęło też wszystko to, co się z nią wiązało - znajomi, koncerty, dyskusje. Czasami się spotkamy, ale to już nie to samo. Nigdy nie będzie tym samym, bo każdy znalazł swoją ścieżkę. Tylko czemu ścieżka jest jedna i nie ma nic poza nią?

Chciałbym się zatrzymać na niej by móc znów podziwiać otaczające ją krajobrazy.

czwartek, 13 października 2011

Idzie zima

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czas uciekał mi tak szybko, jak teraz. Nawet nie zauważyłem, kiedy uciekł mi wrzesień, a tu już niespodziewanie połowa października. Zaraz będzie listopad, potem grudzień.

Tak, wszystko jakoś tak przyspieszyło lecz jednocześnie czas całkowicie zanikł. Jego ramy przestały mieć znaczenie. Jest tylko tu i teraz, czasami zakłócane przez poczucie wczoraj. Jutra nie ma bo w ogóle się o nim nie myśli. Nie czeka się na to, co ma nadejść bo to już jest tutaj. Jedyne, co świadczy o przemijaniu to cykle dnia i nocy (ostatnio dość zaburzone) oraz zmiany pór roku. A ja coraz bardziej to odczuwam.

Idzie zima.

piątek, 15 lipca 2011

Google z plusem (czyli portalowy zawrót głowy)

Miał być inny post, ale widać jeszcze poczeka. Oto w moim biurowo-słuchawkowym życiu pojawiła się nowa zabawka, a imię jej Google+. Przy okazji w tenże sposób oto stałem się częścią internetowego hitu ostatnich dni, do którego ludzie ponoć pchają się drzwiami i oknami (o ile już nie otwarli tego dla wszystkich). Wpis ten da mi możliwość podzielenia się pierwszymi wrażeniami. A nie powiem, są one bardzo pozytywne, głównie dlatego, że przez cały czas obcowania z g+ odnoszę wrażenie, jakobym korzystał z uproszczonego, odświeżonego facebooka. Taki powrót do korzeni twarzoksiążki, tyle że pod innym szyldem.

Czemu powrót do korzeni? Na g+ nie ujrzymy aplikacji, stron profilowych itp. Facebook doskonale przejął rolę ociężałego już MySpace'a, dobrze się też sprawuje jako platforma do grania. Kosztem tego główn rola facebooka, komunikacja, straciła mocno na znaczeniu i skryła się gdzieś za ciągłymi monitami z quizów, gier czy wpisów ze stron. Facebook przestał być miejscem dyskusji i utrzymywania kontaktu. Zamiast tego wiele osób krzyczy w próżnię i zlicza plusiki. Po komunikacyjnej roli Facebooka pozostała niejako pustka.

Google+ wypełnia tę lukę, przez co walka o użytkowników będzie ostra. Wprawdzie możliwe jest egzystowanie na obydwu serwisach jednocześnie, niemniej wątpię, by tak się działo. Z obserwacji i doświadczenia widać, że ludzie raczej trzymają się ulubionych rozwiązań pozostałe odwiedzając sporadycznie. Co za tym idzie, któryś z serwisów prawdopodobnie podzieli rolę nk czy myspacem, na które wchodzi się bardzo rzadko, tak by posprawdzać, co się dzieje. Niby możnaby usunąć konto, ale jakoś żal, a może sie przyda itp. Za niedługo przekonamy się, czy tak będzie i kogo spotka ten nieszczęśliwy los.

Jak na razie google dla mnie wygrywa, wszystkiemu zaś przyświeca ease-of-use. Zamiast dziwnych grup i konfigurowania, google wprowadził kręgi. Szybki drag-n-drop i już osoba znajduje się w danym kręgu. Zamiast śledzenia stron są sparki, które działają podobnie do wyszukiwania. W końcu brak jakichkolwiek reklam i łatwe w zarządzaniu opcje prywatności (do których zaliczają się kręgi) sprawiają, że z jednej strony mamy prostszego, przejrzystszego facebooka, z drugiej jest to mimo wszystko coś nowego.

Oczywiście, to nadal facebook, do tego trochę taki dla ubogich. Dla ludzi chcących wiedzieć co w t facebook nadal pozostanie numerem jeden (ktoś jeszcze zajmuje się MySpacem?).  Tak więc rywalizacja zapowiada się bardzo, ale to bardzo interesująco. Czy wygra bardziej stary, dobry Facebook, czy też młody g+, czas pokaże. Oba portale nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa i ze pewnością czeka nas wiele interesujących wydarzeń w ich swiecie.

sobota, 30 kwietnia 2011

Ślub po królewsku

Korzystając z okazji dnia wolnego oraz czując się zobligowany zarówno swoim wykształceniem, jak i niebywale rzadką okazją zobaczenia ślubu następcy tronu, oglądałem wczoraj ceremonię ślubną księcia Williama i (już) księżnej Kate. Fakt, nie widziałem całości, ale na najważniejszą część, czyli nabożeństwo w opactwie Westminsterskim, się załapałem.

I w sumie w związku z tym chciałbym poczynić pewną małą dygresję. Zaskoczyło mnie bardzo, że Wielka Brytania, przy całej swej nowoczesności, olbrzymich zmianach społecznych, multikulturowości i postępowości potrafiła urządzić imprezę tak konserwatywną. Że w kraju, gdzie religia jest na bardzo dalekim planie, gdzie małżeństwa homoseksualne już nikogo nie dziwią i gdzie rozważa się różne dziwne inicjatywy pokroju "Rodzic A i Rodzic B" można zrobić ślub przyszłego monarchy w zgodzie z wielowiekową tradycją, z ciągłym odnoszeniem się do Boga, do religii anglikańskiej. 

Jednak, co najważniejsze, nikogo to nie oburzało, nikt nie czuł się dotknięty takim ukierunkowaniem. Nie starano się też zadowolić wszystkich. Zwyczajnie zdrowy rozsądek zwyciężył.

Widać świat nie jest aż taki zwariowany, jak nam się wmawia.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Porządki

Nigdy nie lubiłem sprzątania. Sprzątanie zawsze w moim przypadku odnosiło się do robienia porządków po dłuższym czasie, zawsze oznaczało zmiany (i problemy ze znajdywaniem różnych potrzebnych rzeczy), potrzebę przystosowania się do nowego. ja gruncie rzeczy lubię stałość i za zmianami w swoim otoczeniu średnio przepada.

Czasami jednak trzeba. Ze względu na święta, ze względu na wiosnę, ze względu na magisterkę czy ze względu na nudy biorę się za uporządkowanie czegoś. Najczęściej pada na mnie samego i np się ogolę, o wiele rzadziej reorganizację przeżywa pokój. Jeszcze mniej porządków przeprowadzam na swojej skrzynce. Bo niby po co? Obecnie konta mailowe mają olbrzymie pojemności (moja skrzynka zajmuje ponad 2GB, a i tak nie zająłem nawet 1/3 przysługującego mi miejsca), wszystko można łatwo wyszukać, przejrzeć, przypomnieć. Nie będę też ukrywać, że jestem typem chomika. Z jakiegoś powodu maile są dla mnie jak listy i różne stare, nawet bzdurne, wiadomości przetrzymywane są w skrzynce. Na wszelki wypadek, gdybym chciał do nich wrócić. Ale przecież nigdy nie wracam...

Jedynym powrotem jest właśnie to sprzątanie. Usuwanie starych, niepotrzebnych wiadomości (sięgających nawet 2005 roku), pozbywanie się wspomnień, których i tak przecież i tak już nie pamiętam. A przy tym sobie przypominam.

Jaki byłem.
Co było dla mnie ważne.
Co było ważne dla nas.
Nasze przedsięwzięcia.
Nasze marzenia.
Nasze smutki.

Wszystko to znajduje się w mailach. Historie dawno opowiedziane, miłe wspomnienia. Gdzieś znalazłem zdjęcie dwóch mieczy, którymi wywijałem. Albo fotki z ogniska u Marka, gdzie wszyscy byli jeszcze młodzie i naiwni. Gdzieś indziej znalazłem projekt krzyżówki od Kauacha - jedna z niewielu pamiątek z przygotowań do konwentu. Skany książek, zabawne obrazki, które trzymałem na mailu przez 6 lat. To wszystko znajdowało się na mojej skrzynce, dawno już zapomniane (do niektórych rzeczy nigdy nie zajrzałem). Do tej grupy zaliczają się także liczne opowiadania wysyłane przez kilka osób - przepraszam Was za to, że nigdy ich nie przeczytałem. Postaram się to nadrobić.

Stare maile to także przypomnienie czasów, w jakich dane nam żyć było. Przeszłość bardzo niedaleka, a jednak pokazująca, ile się zmieniło. Reklamy oferujące wyjazd do pracy za granicą to tylko jedna z tego typu perełek. Tak, reklamy bywają niczym miniaturki - doskonale portretują rzeczywistość, umieszczają ją w kapsule czasu, którą odczytać mogą tylko osoby żyjące w tamtych czasach.

Tak. Porządkowanie maila to podróż w przeszłość. W wielu przypadkach przepełniona sentymentem, ale i w wielu ostatnia. Sprzątanie to sprzątanie. Kosz czeka.
Łzy nie uroniłem.

czwartek, 3 marca 2011

Oczy

Gdy miesiąc temu zacząłem pracować w pewnej firmie, umknęło to mojej uwadze. Dopiero nieco później, podczas treningów indywidualnych, dostrzegłem, jak bardzo ludzie ze mną pracujący mają przekrwione oczy. Nie są to przypadki pojedyncze. Ba, mógłbym nawet stwierdzić, że więcej jest osób o zmęczonych, czerwonych oczach, niż tych z oczami zdrowymi.

Jest to o tyle specyficzne, że tylko oczy zdradzają ilość poświęcenia wkładanego w pracę. Ciała wyglądają na rześkie, uśmiechy nie schodzą z twarzy podczas żartowania ze znajomymi, jednak oczy pozostają te same. Umęczone, z trudem starające się skupić uwagę. Jest to widok dla mnie przerażający, szczególnie, że sam cierpię na nadwrażliwość oczu. Co gorsza jednak, czasami myślę sobie, że osoby te nie zdają sobie z tego sprawy.

Wtedy też zastanawiam się, ile one śpią w ciągu dnia. Co robią poza pracą. Faktem jest, że wiele osób (w tym ja) w ciągu tygodnia nie ma zbyt wiele czasu na cokolwiek. Czasami czas stracony trzeba nadrobić w nocy - szczególnie, jeśli ma się rodzinę. Każda minuta w pracy to minuta stracona z kimś bliskim. To chwile, które za wszelką cenę stara się odzyskać, jednak jest to niemożliwe - nie ważne, jak kto by się starał.

Pamiątką po nich pozostają przekrwione oczy, z którymi ludzie budzą się rano. Stygmaty poświęcenia dla siebie lub dla innych.

piątek, 29 października 2010

Pean technologiczny (A.K.A. CRW znów sobie popsuł laptopa)

Dzisiaj na blogu będzie pean pochwalny. Oto przedwczoraj, po raz trzeci, zalałem sobie laptopa. Pierwszy raz zalałem go sobie pomidorem z kanapki (wiem, pr0), drugi raz była to odrobina wody z sokiem, która się wylała z nakrętki trzymanej w dłoni. Mimo to, oba te przypadki były dość lekkie, gdyż zalaniu uległa tylko klawiatura, a pole rażenia było dość niewielkie. Wiadomo, problemy z klawiaturą były, które nota bene potem zlikwidowałem, o czym zresztą był wpis na blogu).

Teraz jednak było o wiele poważniej, bo zalaniu uległ cały laptop. Oczywiście, w normalny sposób stać się to nie mogło, bo tym razem przewrócił się słoik z kwiatkiem stojący na szafce nad lapkiem (słoik przewrócił się podczas otwierania drzwi). Tyle dobrze, że była to tylko woda, ale i tak poszło po całości. Od razu odłączyłem prąd, wyjąłem baterię, wytrzepałem wodę z lapka (ile się dało), wytarłem, wyjąłem klawiaturę do suszenia i odstawiłem resztę urządzenia w jakiś bezpieczny kont, co by se schło. Po godzinie-dwóch postanowiłem sprawdzić, czy lapek w ogóle się uruchamia, odpowiedzią zaś było: nie. No to trochę się tym przejąłem, bo i dane, i magisterka mogły pójść się jebać. Na moje szczęście jednak tak się nie stało, a laptop nazajutrz ożył (w sumie to już w nocy, po powrocie do domu, okazało się, że się uruchamia, ale dałem mu jeszcze kilka godzin na odpoczynek). Co więcej, wygląda na to, że nic nie uległo uszkodzeniu.

Cóż, nie wiem na ile pomogła moja szybka reakcja i ile było szans na działanie lapka. Wiem natomiast, że jeśli znów będę kupował sprzęt tego typu, to ponownie wybiorę Asusa. Poza słabą wytrzymałością baterii przez 3 lata laptop nie zawiódł mnie nigdy, a zdarzyło mu się nawet spaść podczas działania. Mówi się, że Asusy są wytrzymałe, ale teraz wiem to z własnego doświadczenia. Dlatego też gorąco sobie i Wam je polecam.

wtorek, 12 października 2010

Strumień życia i jego głosy

W dobie powszechnego dostępu do Internetu i informacji bardzo dużo mówi się na temat piractwa komputerowego, fonograficznego czy filmowego spowodowanego owym dostępem. Wielkie firmy fonograficzne i wielu artystów oskarżają miliony użytkowników o milionowe straty, inni artyści i użytkownicy bronią otwarcie głoszą prawo do powszechnego dostępu do kultury, ogłaszają coraz to nowe badania nt zbawiennego wpływu piractwa na sprzedaż płyt itp, mówią o prawie do wypróbowania danego produktu przed zakupem. Torrenty, będące wręcz współczesnym symbolem (czy nawet synonimem) piractwa, ciągle znajdują się na pierwszym planie tej batalii, coraz to bronione i atakowane, atakowane i bronione. W końcu dojść można do wniosku, że pobieranie z Internetu treści objętej prawem autorskim oznacza utratę czegoś przez kogoś, kradzież, czy innego typu przestępstwo lub czyn niemoralny. Można też dojść do wniosku, że jest to święte prawo konsumenta, czy nawet człowieka, realizowane w ramach dostępu do dóbr, których nie można określić pieniędzmi.

Często jednak się zapomina, że Internet oferuje w pełni legalnie i za darmo dużo dobrego. Dawno temu wspomniałem o profesjonalnym filmie udostępnionym na licencji CC, jednak jest to dość rzadkie zjawisko. O wiele częściej można się natknąć na gry i, przede wszystkim, muzykę. Okazuje się, że jest wielu artystów wywodzących się z różnych środowisk i wykonujących różne gatunki muzyczne, którzy postanawiają podzielić się swoją twórczością z innymi. Bez żadnych opłat, dodatkowych warunków itp. Wiadomo, różny jest poziom tego typu produkcji; często są one w najlepszym przypadku półamatorskie, zdarzają się jednak istne perełki. Nagrania wydane w pełni profesjonalnie, gotowe do nagrania na nośniki czy trzymania na dysku, ze wszystkimi bajerami pokroju okładek itp. Dzieła pasjonatów, którzy postanowili dać coś nie prosząc o nic w zamian.

Takim projektem z pewnością jest Final Fantasy VII: Voices of Lifestream, czteropłytowy kolos zawierający interpretacje utworów z tej kultowej gry. Projekt ten, poza wykonaniem przez wielu artystów, przyrównać można do nieistniejącego już zespołu Nobuo Uematsu, The Black Mages. Grupa ta wykonywała w rock/metalowym stylu przede wszystkim muzykę napisaną przez Uematsu właśnie na potrzeby serii FF (jest on głównym kompozytorem muzyki w tej serii). W tym jednak przypadku rzecz jest dużo bardziej skomplikowana, przede wszystkim poprzez rozpiętość gatunkową jaka panuje na tym wydawnictwie. Z jednej strony sporo jest utworów w stylistyce podobnej Czarnym Magom, jednak jest to tylko część większej całości; dużo miejsca poświęcono utworom w wersji elektronicznej (pojawia się nawet drum’n’bass), sporo jest też muzyki w stylu neoklasycznym, podobnym do oryginału, czy jazzu. W niektórych przypadkach dodano nawet wokale (wraz z napisanymi do nich lirykami), jest więc w czym wybierać.

Niestety ciężko mi napisać coś o samych utworach poza tym, że całości słucha się bardzo przyjemnie. Kompozycje same w sobie są świetne, ale to przede wszystkim zasługa ich oryginalnego autora, który jest istnym geniuszem. Kilka przeróbek nieco zaskakuje, kilka jest bliźniaczo podobnych do pierwowzorów, nie ma tu jednak jakichś szczególnie szokujących wersji. Za to wykonanie jest pierwszorzędne i słucha się tego przednio. Wyraźnie jest to album robiony przez fanów dla fanów (idea dość zapomniana ostatnio); z jednej strony stanowi tribute dla Nobuo Uematsu, z drugiej jest on szansą dla innych zapoznania się zarówno z jego twórczością, jak i muzyką pochodzącą z serii FF w ogóle – i to w pełni legalnie.

Niestety, nieco wątpię, by magia tego albumu trafiła do tych, którzy nie grali w FF7; przede wszystkim dlatego, że muzyka pochodząca z filmów i gier trafia do odbiorców przeważnie wtedy, gdy kojarzy im się z konkretnymi przeżyciami związanymi z tymi mediami. Czy OST z Władcy Pierścieni byłby tym samym, gdybym nie widział filmu? Pewnie nie, zanudziłbym się. Przy FF może być podobnie. Poza tym nie jest to muzyka na położenie się i słuchanie; w dużej mierze stanowi ona raczej tło dla tego, co robimy wokół . Taki już jednak urok ścieżek dźwiękowych – nie powinny odwracać uwagi i tak często jest i w tym przypadku. Mimo to, gorąco polecam każdemu, kto chciałby się zapoznać z tymi dźwiękami. Nawet jeśli się nie spodoba, warto komuś polecić ten album. Takie inicjatywy należy szerzyć tym bardziej, że w końcu to nic nie kosztuje.

Album można znaleźć na http://ff7.ocremix.org

niedziela, 15 sierpnia 2010

Rewolucja

Postanowiłem zrobić małą rewolucję na swoim dysku twardym. W ramach niepisania magisterki oraz porządków systemowych zdecydowałem się usunąć lwią część muzyki, która się na nim znajduje. Dość radykalna decyzja, szczególnie, że miejsca mi nie brakuje. Czemu więc?

Na pewno powodem była potrzeba uporządkowania zbiorów. Wielu rzeczy już nie słucham, do wielu, poza pierwszym zachwytem w ogóle nie wracam. W takich sytuacjach zawsze pojawiają się sentymenty pt "ale przecież będę do tego wracać". Nic z tych rzeczy, nie wraca się - niepotrzebnie więc zajmuje miejsce.

Drugim powodem jest fakt posiadania tych nagrań na płytach - po co mieć je w dwóch miejscach na raz? Szczególnie odnosi się to do płyt oryginalnych, z których w ogóle nie słucham muzyki. Zamiast tego, ciągle ripuję i trzymam na dysku (jak choćby dyskografia Acids, którą mam oryginalną, a którą i tak słuchałem tylko z dysku). Tak będzie wygodniej.

Jednak trzecim i najważniejszym powodem jest chęć poznania swojej muzyki. Tyle się teraz mówi o zmianie podejścia do słuchania, że obecnie muzyka to nie źródło doznań estetycznych, a tło. Że włącza się i leci, nie zwraca się uwagi na nią, najlepsza muzyka zaś to ta, która nie przyciąga naszej uwagi. Na pewno wpływ na to ma też mnogość - przy obecnych możliwościach jest się wręcz zalewanym nową muzyką, nie ma czasu wszystko odsłuchać. Nawet rzeczy, które wydają mi się znajome, takie z pewnością nie są. Na rzecz znania dyskografii nie znam doskonale pojedynczych płyt czy utworów. Muzyczna zachłanność mnie otępiła i teraz chcę to zmienić. Każdy jest teraz ekspertem, zna dyskografie dziesiątek zespołów, bo są one w zasięgu jednego kliknięcia. Jednak co z tego, skoro z tego słuchania nic nie wynika?

Tak właśnie! Będę poznawał to wszystko na nowo, dokładnie. Zamiast słuchać 10 płyt raz, jedną płytę przesłucham dziesięć razy. Z pewnością moja biblioteczka będzie rosła w czasie, jednak będzie to proces powolny. Wady tego pomysłu? Mało różnorodne statystyki na last.fm. Zalety? Bogactwo dźwięków do którego będę sięgać. Rewizja gustów? Bankowo lepsze poznanie zespołów, które lubię. Czas uczyć się muzyki na pamięć.

czwartek, 8 lipca 2010

Sposób na zalaną klawiaturę

Ostatnio obiecałem opisać sposób, w jaki odratowałem klawiaturę w lapku, więc teraz to robię. Najpierw trzeba ją wymontować z laptopa (tu sposób trzeba wyszukać na internecie, w przypadku asusów z serii F5 robi się to poprzez wciśnięcie pięciu zatrzasków u góry klawiatury i wysunięcie jej w stronę ekranu, potem odpina się tylko taśmę). Gdy już się z tym uporamy, trzeba ją umieścić w misce/wannie/wiadrze z ciepłą wodą (nie gorącą), do której uprzednio dodano nieco płynu do mycia naczyń. Gdy się już pomoczy z kwadrans, wyciągamy, przepłukujemy dokładnie wodą, porządnie wytrzepujemy z niej wszystkie krople wody i odstawiamy na 12h schnięcia (ja dla pewności zostawiłem na dobę). Potem już tylko podłączyć i działa.

Oczywiście jest to metoda dość radykalna, którą powinno się stosować w przypadku zalania płynem pokroju soku czy piwa. Jeśli ktoś chce zwyczajnie przeczyścić klawiaturę bez jej rozkładania, dobrym pomysłem są spray'e ze sprężonym powietrzem.

A teraz kilka uwag:
- nie wiem, czy tam metoda działa z klawiaturami tradycyjnymi. Zawsze można spróbować, aczkolwiek nic nie obiecuję. Powinno być dobrze, biorąc pod uwagę historię kumpla, którego mama wykąpała klawiaturę pod prysznicem. Mimo wszystko nie stosowałbym tej metody w przypadku bardziej zaawansowanych klawiatur z wyświetlaczami LED itp.
- ponoć nie powinno się stosować tej metody w przypadku klawiatur laptopowych, które od spodu nie mają dziurek (czy co to tam jest). Jak to ma się do kąpieli, nie wiem.
- w ten sposób zaoszczędziłem 85 zł na nowej klawiaturze ^^ Moim zdaniem opłacało się zaryzykować.

Na koniec zaś jeszcze zapytam: czy spodziewalibyście się, że klawiaturę trzeba wsadzić do wody? Przecież to przeczy logice! :D

piątek, 2 lipca 2010

Pierdy po dłuższej nieobecności

Great. Podczas wczorajszego, dość spontanicznego wypadu na wino/piwo (w końcu sezon letni, trza tradycję kultywować, choć już tak dobrze jak kiedyś jabole mi nie wchodzą - może poza Patykiem) dyskusja weszła na temat blogów i pisania. Ja, ze swoją wrodzoną skromnością, twierdzę oczywiście, że mojego mało kto czyta - a w szczególności nie osoby, których nie widziałem dobrych kilka lat (ostatni raz było to przelotem, podczas wrocławskiego konwentu BAKA, rok bodajże 2007).

Myliłem się oczywiście. Cóż, pewnie potęga facebooka. Tak czy inaczej wyszło, że tylko ja zaniedbuję to miejsce (Izajasz od niedawna ma swojego blogasska, na którym pisze, Kamoni ma fajny blog o Nipponie). Zresztą, nie tylko to miejsce zostało zaniedbane, dotyczy też to Musi i takiego jednego projektu. Co z tego, że przez głowę przelatuje mi tysiące myśli i setki tematów do zawarcia na blogu? Jakoś nie mam ochoty pisać. Pewnie jest to wina magisterki, która wysysa ze mnie wszystkie chęci do pisania, zarówno tego obligatoryjnego, jak i tego dla przyjemności. Pocieszam się tylko tym, że jak już ją skończę, złapię wiatr w żagle i popłynę na morzu słów.

Jest też druga możliwość. Nie stanie się tak. Jak można zauważyć na tej stronie, wzorem pisarzy romantycznych, największe płody słowne wyrastają w okresie mojej niezwykłej depresji, smutku itp, a o to od jakiegoś czasu ciężko. Jeśli ktoś myśli, że nagle stałem się bardzo szczęśliwym człowiekiem, myli się. Zwyczajnie w świecie przestałem zważać na wiele rzeczy, mało co mnie rusza; generalnie, zbyt wiele rzeczy lata mi koło nosa, żebym czuł wewnętrzną potrzebę pisania o tym. Już nawet muzyka nie smakuje tak, jak kiedyś. I jak tu o tym pisać?

Niemniej, trza się reaktywować. Na wszystkich polach. piśmienniczych Pisać lubię, ponoć umiem, trza więc korzystać z talentu. Jakoś zająć czas w zamian za klikanie w Diablo (coś ostatnio mnie chwyciło, po raz pierwszy od 9 lat). Dodajmy do tego, że dziś w nocy śniło mi się, że piszę notkę - argument nie do zbicia. Jest też jeszcze jeden powód. W końcu udało mi się doprowadzić do użytku moją laptopową klawiaturę! Ale o tym będzie już następnym razem (przy okazji będzie porada, jak czyścić klawiatury). I to by było na tyle. Oby do następnego, szybkiego zobaczenia.

PS. Zawsze mam wyrzuty sumienia, że tag "Varia" pojawia się najczęściej na tym blogu Nie wiem czemu, ale zawsze go postrzegam jako najmniej wartościowy... Pewnie dlatego, że jest najmniej konkretny.

środa, 28 kwietnia 2010

RPG, reaktywacja

Nie ma to jak powroty do przeszłości. Tydzień temu reaktywowaliśmy naszą fabularną drużynę i zaczęliśmy grać normalne sesje. Oczywiście skład z przeszłości nie pełen, bo tylko połowa nas się zebrała. Co gorsza, nie było naszego głównego mistrza gry (którego nie widziałem już kilka lat), ani też szalonego MG nr dwa, który z pewnością przeczyta te słowa. To oczywiście oznaczało, że ktoś inny musiał prowadzić. Padło na mnie, choć w sumie sam się zgłosiłem. Bo kto inny by poprowadził? No a bez mistrza nie da się przecież zacząć. Zresztą, tak też zaczynaliśmy kiedyś naszą przygodę – pojawił się MG i gra się rozpoczęła. Tak było i teraz.

A wyzwanie to było dla mnie nie małe. Po pierwsze, nawet jeśli gracze nie znali systemu, to byli oni zaznajomieni z RPG i nie wszystko można było im sprzedać. Do tej pory zdarzyło mi się prowadzić na poważnie tylko jednej drużynie, a i to składającej się głównie z osób niedoświadczonych. Tu miało być inaczej. Po drugie, nie jestem najlepszym MG, głównie z tego powodu, że mam dziwne podejście do obowiązku i marną zdolność improwizacji i wymyślania przygody w locie. Muszę się przygotować, choćby w średnim stopniu, by coś z czegoś wyszło. Inaczej są absurdy, nieścisłości i przegadana sesja. Między innymi dlatego pierwsze moje doświadczenia z prowadzeniem nie należały do zbytnio chwalebnych (choć niektóre elementy przygody przeszły do historii), Oczywiście, po części wpływało na to nasze podejście w tamtych czasach, jakoby MG powinien wszystko wymyślać na bieżąco, jednak prawda jest brutalna – tak się nie da. Nie dało się też w piątek, kiedy to stworzyliśmy postacie i zrobiliśmy szybkie wprowadzenie do gry. Chwila prawdy miała nadejść dzisiaj.

I nadeszła. Krótkie przygotowania i jedziemy od wczesnego popołudnia. Nie powiem, o takiej godzinie jeszcze nie zaczynałem. Wszystko miało trwać krótko, a gracze przyzwyczajeni byli do grania sesji po osiem, dziewięć godzin (tak, tyle kiedyś grywaliśmy!). Z drugiej strony, przygotowałem epizod przygody, który doskonale zawierał się sam w sobie, nieco zapoznawał z panującymi warunkami i systemem, a przede wszystkim dawał świetny start dalej. A przynajmniej tak miało być, bo czy w pełni to osiągnąłem, nie wiem. Na pewno jestem z całości zadowolony, w końcu moja pierwsze poważniejsze podejście do mistrzowania, do tego całkiem sprawne, także dzięki graczom (którzy sami robili sobie dylematy). Bawiłem się świetnie i prawdę powiedziawszy, nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że prowadzenie może dać tyle frajdy. A może, trzeba mieć tylko głowę na karku i nie przesadzać. Dziś ta sztuka mi się udała, zobaczymy, jak będzie następnym razem. Tak czy inaczej, nie tęsknię jakoś do odgrywania swojej postaci – nawet pomimo tego, że bardzo chciałbym zagrać w swoją ukochaną Legendę (a którą teraz prowadzę). Jak będzie dalej, przekonamy się już wkrótce.

Na koniec dodam tylko, że sam fakt wznowienia gry z tymi ludźmi (po jakichś sześciu latach) to już niebywały powód do radości. Wspomnienia wracają, wraca też poniekąd atmosfera tamtych czasów. I choćby dlatego pomysł na zorganizowanie sesji był strzałem w dziesiątkę.

P.S. Oczywiście nie mogło się obyć na sesji bez karczmarza i wielkiej pały... To co pojawiło się kiedyś, pojawiło się i teraz , znów z winy graczy.